Strona:Catulle Mendes - Nowelle.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

dziewczę zarumieniło się, zaiste jednak zarumieniło się nie ze strachu — a człowiek, który, dostrzegłszy w owej chwili jej uśmiech, przypuściłby, że uśmiechała się jej myśl powiedzenia: „nie“ — również omyliłby się bardzo. Nieszczęściem wieść o tem małżeństwie dotarła aż do uszu niedobrej królowej, której jedyną rozkoszą było zakłócać cudze szczęście, Hiacynta zaś większą niżeli ktokolwiek wzbudzała w niej zawiść — będąc ze wszystkich najpiękniejszą.

III.

Kiedy się przechadzała razu pewnego, na krótko przed swemi zaślubinami, po sadzie, zbliża się ku niej starucha jakaś, prosząc o jałmużnę — wtem odskakuje z krzykiem, jak człowiek, coby węża nadeptał.
— Nieba! co widzę!...
— A wam co?! dobra kobiecino... Cóż to takiego ujrzeliście?...
— Coś najbrzydszego na całym świecie!
— To chyba nie mnie z pewnością! — odrzekła Hiacynta, śmiejąc się.
— Niestety, tak, biedne dziecię... Ciebie właśnie... Długo już żyję na tej ziemi, ale nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się spotkać osoby tak brzydkiej jak ty.
— Ja jestem brzydka?... ja?...
— Stokroć brzydsza, niżeli to wyrazić można.
— Jakto!... A moje oczy?...