Strona:Bruno Jasieński - Palę Paryż.djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

dawny punkt, pod „Abbaye“? Murowane miejsce. Byle nie poplątać adresów...
Nowy wir przechodniów porwał raptownie Pierra i poniósł naoślep. Etienne gdzieś się zapodział. Pierre nie próbował stawiać oporu, niesiony bez woli. Po kilku godzinach przypływów i odpływów wyrzuciło go na plac Pigalle.
Jaskrawy kołowrót reklam. Płomienne zgłoski wyrazów, wypisanych w powietrzu czyjąś niewidzialną ręką. Zamiast „Mane, Thecel, Phares,“ — „Pigall’s“, „Royal“, „Abbaye“.
„Abbaye“...
Coś o tem mówił Etienne.
Przed oświetlonem wejściem smukły, wygalonowany boy marznie w swej krótkiej kurtce, by nagle złamać się przez pół w służalczym ukłonie.
Dwóch starszych panów. Samych. Zatrzymują się na rogu. Palą.
Pierre machinalnie podchodzi bliżej. Panowie, zajęci rozmową, nie zwracają na niego najmniejszej uwagi. Pierre ciągnie starszego brzuchatego pana za rękaw i nachylając się, bełkoce mu do ucha:
— Zabawa... Trzynastolatki.. w fartuszkach... łóżeczko z siatką... tablica... 2 x 2 = 5... pełna iluzja...
Starszy pan gwałtownie wyrywa rękaw. Obaj panowie automatycznie chwytają się za kieszenie, w których mają portfele. Pośpiesznie, prawie w biegu, wskakują do przejeżdżającej taksówki, zatrzaskując trwożnie drzwiczki.
Pierre zostaje na rogu sam. Nie rozumie nic. Ocierając się o ściany, brnie w noc ciemnym, bezludnym bulwarem. Szyba. Lustro. Z lustra na spotkanie jego wynurza się szara, ziemista twarz w kołtunach zarostu i czerwone, rozpalone latarnie oczu.
Pierre przystaje. Zdaje mu się, że zaczyna rozumieć. Po prostu przestraszyli się. Z taką twarzą niepodobna szukać zarobku.