Strona:Bruno Jasieński - Człowiek zmienia skórę.djvu/273

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


samica Jej klasy. Między nami niema i nie może być nic wspólnego“.
Wstałam i wyszłam. Odprowadził mnie do drzwi.
Przeniesiono mnie do innej pracy. Tak minęło pół roku.
Pewnego razu Niemirowski zakomunikował mi, że proponują mu wyjazd na jedną z większych budów. Po trzech dniach wyjechałam. Nie miałam po co zostawać w Moskwie. Jedyny człowiek, którego kochałam, nie dał mi słowa nadziei.
Po raz ostatni widziałam go pobieżnie, przez okno. Było to szóstego dnia po jego przyjeździe. Zna go pan wszak: to Morozow, obecny naczelnik budowy...
Niemirowski na nowem miejseu znowu porósł w pierze. Nie odgrywał jednak już tej roli, co przedtem. Praca jego była kontrolowaną. Stopniowo schodził na dalszy plan. Czułam, że gryzie go złość. I kiedy pewnego razu, jak rok temu, zaproponował mi Niemirowski, abym mu wydostała jakiś papier, przyniosłam mu go nazajutrz i rzuciłam na stół. Sprawiało mi przyjemność, że szkodzę w czemś tym panom z partbiletami.
Zeszłam się z panem. Wydał mi się pan niepodobnym do tych wszystkich czupurnych właścicieli partbiletów. Oddawał pan kochanej kobiecie „z wrogiej klasy“, jak powiadają ci panowie, więcej, niż kawałek pana pościeli. Pokochałam pana. Byłam zła na siebie za tę miłość. Męczyłam pana, jak męczyłam siebie.