Strona:Bruno Jasieński - Człowiek zmienia skórę.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w pustyni nafta? Nie oszalał przypadkiem chłopak na bezludziu?
Nie wytrzymał lotnik i pyta:
— To pan czyta?
— Ja, — mówi sekretarz i patrzy na lotnika uparcie i surowo.
Lotnikowi pod wpływem tego spojrzenia mróz przeleciał po krzyżu.
— No i co, wszystko pan przeczytał? - mówi, aby przerwać nieprzyjemną ciszę.
— Tak, wszystko przeczytałem, lecz mi to mało pomaga.
I począł się sekretarz skarżyć: centrum mu nie pomaga, chce poszukiwania w jego rejonie przerwać, on zaś twierdzi uporczywie, że nafta jest.
Rozmawiali tak ze dwie godziny. Ze zmęczenia dwoi się lotnikowi w oczach. Sekretarz widocznie zauważył i tłomaczy się:
— Zamęczyłem pana zupełnie.... No, niech się pan kładzie...
I sam układa się w tymże pokoju do snu.
Położyli się. Lotnik począł już zasypiać, gdy nagle słyszy okrzyk sekretarza:
— Czy pan śpi?
Ten westchnął i mówi: — Nie. Sam myśli sobie: „Widocznie nie sądzone mi jest spać, bardzo nerwowy musi być mój gospodarz“. Sekretarz podniósł się nieco na pościeli, słychać — skrzypią deski.
— Przeklęci fakirzy nie dają mi spokoju — mówi.