Strona:Bruno Jasieński - Człowiek zmienia skórę.djvu/011

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wjechali na plac, przecinany bulwarem. Bulwar leżał u stóp, jak dolar, — zielony i szeleszczący. Na postumencie z bronzu stał bronzowy kędzierzawy człowiek w staromodnym surducie i niezdecydowany patrzał na wznoszącą się naprzeciw cerkiew koloru poziomek ze śmietaną. Po gzymsie cerkwi, na wysokości pierwszego piętra, jechała niewielka karetka automobilowa z napędem automatycznym. Była to widocznie reklama sowieckiej firmy samochodowej. Clarkowi spodobała się reklama. Obliczył, na ile taniej wypadłoby Citroënʻowi, gdyby zamiast wypisywać żarówkami elektrycznemi swe nazwisko poprzez całą wysokość wieży Eiffla, — poprostu postawić swój samochód na szczycie Notre-Dame. Byłoby to znacznie efektowniejsze! I Clarke zaśmiał się już po raz trzeci.
Dorożka ponownie wjechała na bulwar, przecięty czerwonemi płótnami plakatów. Naprzeciw rozlegały się dźwięki dętej kapeli, minorowe, powolne, nie harmonizujące ani z wiosenną dziarskością dnia słonecznego, ani z troskliwym pośpiechem przechodniów. Wzdłuż trotuaru posuwał się czerwony katafalk, zaprzeżony parą koni. Na katafalku ustawiona była trumna jaskrawo-czerwonego koloru. Był to niechybnie pogrzeb, aczkolwiek czerwona skrzynia podobna była raczej do dużej zabawki, której wieko odskoczy naraz i pokaże brodacza na sprężynce.
Za trumną kroczyło jakichś piętnastu muzykantów, z wyglądu robotników. Muzykanci gryźli olbrzymie złote naustniki trąb i trąby huczały minorowemi dźwiękami marsza.