Strona:Bracia Dalcz i S-ka t. 2 (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/168

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Dziurkę od klucza z pokoju kredensowego zastawiła wysokiem oparciem krzesła.
    Próbowała zreflektować się tem, że postępuje jak dziecko, że jest śmieszna, że cały pomysł był niedorzeczny i że tylko obniży siebie w oczach Pawła. Podniecenie jednak nie dało się opanować.
    Wolała wszystko niż wyrzec się przyjemności, na którą czekała tak długo.
    Pobiegła do swego pokoju i w pięć minut była gotowa. Przed lustrem skonstatowała, że wygląda dziwacznie, a na twarzy ma rumieńce. Sukienka jednak była dobrze poprawiona. Na biodrach leżała doskonale. Obciągnęła ją ostrożnie i wyjrzała do sąsiedniego pokoju.
    O tyle już przyzwyczaiła się do wysokich obcasów, że nie sprawiały na niej wrażenia chodzenia na szczudłach, obawiała się tylko, że nogi stawia niezgrabnie. Nie wiedziała też co robić z rękami. Kieszenie w spodniach, klapy marynarki, były tak wygodną dla nich lokatą.
    W salonie zatrzymała się. Z łazienki nie dochodził już szum wody, natomiast słyszała kroki Pawła w sypialni. Zapaliła wszystkie światła i niespodziewanie zobaczyła siebie w lustrze nad kominkiem. Własna sylwetka wydała się jej pociągająca. Włosy jednak były za krótkie. Wróciła do siebie i nałożyła kapelusz. Wprawdzie jego kolor nie był ściśle ten sam, co kolor sukni, lecz przy wieczornem oświetleniu różnica była minimalna.
    Tak była zemocjonowana, że z trudnością łapała oddech. Gdy znowu przyszła do salonu, Paweł przeglądał jakieś papiery w gabinecie. Ich szelest powolny, miarowy uspokoił ją nieco. Stanęła w środku i czekała. Wreszcie zawołała:
    — Pawle, czy mogę cię prosić...
    Szelest ustał. Odgłos odsuwanego krzesła i jego kroków. Od tylu dni przygotowywała się do tej chwili. Splotła ręce przed sobą i lekko przechyliła głowę.