Strona:Bolesław Londyński - Pani Kanapka czyli burza w Pacanowie.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pani Kanapka. Znowu?
Faworek. K!edy ja to najlepiej lubię.
Pani Kanapka. No to odejdź! (ze smutkiem) Niech choć babki śmietankowe ocaleją!

Scena II.
Pani Kanapka sama.

(kiwając smutnie głową) Ciastka wybrakowane są dla ucznia!... To z mej strony była nierozsądna umowa. Ale tak mi żal tego sieroty. Widzę go jeszcze dotąd, jak w zeszłym roku, blady, chudy, zbiedzony, noskiem dotykał szyby mojego sklepu i o mało jej nie rozsadził. (po chwili wzdychając) Prawda, żem trochę za słaba dla dzieci. Kocham je, bo własnych nie miałam! Mogłażem im odmówić kredytu? (przegląda książkę) I jakiż rezultat? Ciastek rozeszły się stosy, ale gotówki brak! I oto teraz wypada robić długi.

Scena III.
Pani Kanapka — Marylka.

Marylka (idzie ze szkoły, czyściutka, w białym fartuszku z nakrytym koszyczkiem w ręku wesoło) Dzień dobry, babciu!
Pani Kanapka (z pozorną surowością) Dzień dobry panience. Czego panienka sobie życzy?