Strona:Bolesław Londyński - Frankowe szczęście.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— I czegóż się martwisz? — przecież w nieszczęściu masz i szczęście, że mnie spotkałeś na drodze. Toż ta krowa ma tylko tyle wartości, co na mięso, i ani się umywa do mojego wieprza.
Spojrzy Franek na wieprza, że istotnie tęgie to zwierzę, że po zabiciu można mieć z takiej świni i kiełbasy i szynki i słoninę, a że za tem wszystkiem przepadał zawsze, idzie mu tedy ślinka do ust, i nie namyślając się długo, podaje rzeźnikowi rękę i targu przybija.
Rojąc o smacznem jadle, ranek popędza teraz wieprzka, aż oto spotyka po drodze jakąś babę, niosącą gęś pod pachą.
Pogadał przez chwilę z babą, która coraz to przyglądała się wieprzowi, aż nareszcie pyta Franka, skąd on ma tę świnię? Franek, jak to on, wyspowiadał się babie, ze wszystkich swoich przygód jaknajsumieniej, ale baba z niedowierzaniem pokręciła głową i rzecze: