Strona:Bolesław Londyński - Frankowe szczęście.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tał się wcale, bo ci lubili zanadto podkpiwać sobie z niego i przestawał najczęściej sam ze sobą. Po siedmiu latach wiernej i pracowitej służby, uczuł Franek tęsknotę za rodziną i poprosił pana swego o zwolnienie. Gospodarz niechętnie rozstawał się z tak dobrym i pracowitym sługą, ale nie wypadało mu go zatrzymywać. Wręczył mu tedy za siedmioletnią jego pracę spory woreczek pełen złotych monet, dodał mu ponadto dużo rad i przestróg zbawiennych na drogę.
Idzie tedy Franek wielce uradowany do swoich, a worek z pieniędzmi dźwiga na ramieniu. Że jednak by naówczas dzień skwarny, niebawem przeto zaciężył worek Frankowi, przełożył go więc na drugie ramię, ale i to nic nie pomogło. Zmęczenie było tak, wielkie że musiał odpocząć. Siada więc dla wypoczynku nad drogą, a w tem nadjeżdża jakiś mężczyzna konno. Koń