Strona:Bohater Carlyle'a i nadczłowiek Nietzsche.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


raz w akrobatycznych podskokach na krawędzi różnych przepaści«.
Kiedy do tego dojdzie, stanie się par excellence »umysłem mocnym«.
»Powinniśmy uszanować skromność, z jaką się natura ukrywa za zasłoną zagadkowości i wahającej się niepewności.
»O! ci Grecy! Im chodziło o to tylko, aby żyć. Dlatego też trzeba zatrzymać się na powierzchni, na powłoce, na naskórku: trzeba cześć najwyższą, adoracyę oddać złudzeniu — wierzyć we formę, w słowo, w pozór z całym Olympem jego panowania.
»O! ci Grecy! Oni byli ludźmi powierzchownymi dlatego, że myśleli głęboko.«
Brniemy w nadmyśli. Brr! mój drogi.
Przyznam się, że Grekom nie zazdroszczę tych pochwał. Za to, szanując »skromność« Nietzschego, pozwalam sobie tu zaraz postawić pytanie: Skąd pochodzi, że tylu myślących i wykształconych zresztą ludzi, filozofem i myślicielem może nazywać człowieka, który się zdobył na powyższy ustęp? Jestto, przyznam się, dla mnie zagadką, do rozwiązania wcale nie łatwą.
No! ale mniejsza o to. Zatrzymajmy się »na powierzchni, na powłoce, na naskórku« tego pytania, uwierzmy, jeżeli nie w rzeczywistości, to w pozór rozumnej myśli... w nadfilozofa Niemiec i idźmy dalej.