Strona:Bohater Carlyle'a i nadczłowiek Nietzsche.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


był kapłanem? czy może Bożym jak przedtem? — on, co szatana miał ciągle na ustach, co w złorzeczeniu i przeklinaniu nie miał sobie równego!
Luter bohaterem-kapłanem! Czy może dla cnót kapłańskich? I to także nie. Przecież charakter tego człowieka był tak podły, brudny, przewrotny i występny, że sławnych jego »Rozmów przy stole« (Tischreden), w których duszę swą bez żadnej żenady nie wstydził się odsłonić, czytać nie można bez wstrętu, niesmaku i obrzydzenia: stąd o nich luteranie wogóle mało wiedzą. Ukrywa się je przed niemi jak najstaranniej, bo bliższe zaznajomienie wzbudzićby w nich mogło niechęć i wzgardę już nietylko do autora, ale także i do jego reformy.


Drugi Herostrat.


Pod żadnym tedy z tych względów bohaterem Luter nie był: więc może bohaterstwa dokonał w przeprowadzeniu dzieła rozgłośnego, niestety! i trwałego, które bez żadnej wątpliwości od niego wzięło swój początek. Przecież on, jak powiadają jego wyznawcy, »zreformował Kościół Chrystusowy, przywrócił wierze pierwotną czystość, odrzucił naleciałości, które w ciągu wieków papiestwo w niej nagromadziło.«
O tem dałoby się dużo powiedzieć. Tu wystarczy podnieść, że przecież niepodobna, aby coś wielkiego i zbawiennego wyjść mogło z rąk »szaleńca i zbrodniarza« — jak on sam siebie nazywał. Luter nie reformował, ale psuł;