Strona:Bohater Carlyle'a i nadczłowiek Nietzsche.djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jące zaparciem się siebie, pobożnością i poświęceniem? O tem lepiej nie mówić. Jego harem, żony i nałożnice świadczą najlepiej, jaka była wartość etyczna tego człowieka... i jaka jego świętość.
I tu przychodzi Carlyle i ma czelność utrzymywać, że ten ograniczony, ambitny i rozpustny człowiek jest bohaterem, bo jest sprytnym i przebiegłym — bo wyzyskując słabość ludzką, z ułomków innych religii klei nową, w której po życiu bezmyślnem, leniwem i na pół zwierzęcem obiecuje wyznawcom niebo, takie, jak w swym haremie urządził sobie na ziemi!«
Kto chce wiedzieć, czem jest Mahomet i jego dzieło, niech przeczyta, co pisze kardynał Massaia w swej książce p. t. »Trzydzieści pięć lat w Afryce«. Ten dzielny misyonarz, przez lat kilkadziesiąt mający sposobność przypatrywania się z bliska wyznawcom Mahometa, powiada, że: »w swych wycieczkach misyjnych u nich spotykał zawsze większą nieobyczajność i większe zepsucie, niż u pogan. To cecha charakterystyczna Islamu, po której poznać go można wszędzie«.
I ten założyciel religii dziwacznej, co przez wielożeństwo i rozwody do rzędu bydlęcia poniżył kobietę, a upodlił mężczyznę; — co przez niewolnictwo podeptał godność ludzką, a przez fatalizm zagrodził ludzkości drogę do rozwoju i postępu, — co dla znacznej części ludzi stał się zarazą moralną: — miałby być bohaterem dlatego, że stał się tego przyczyną!!
Tak chce Carlyle, ale nie zdrowy rozsądek.