Strona:Bohater Carlyle'a i nadczłowiek Nietzsche.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


można na ziemi wygodnie, bardzo wygodnie... po zwierzęcemu — a w dodatku ma się jeszcze obiecane niebo... pojęte rozumie się... także po zwierzęcemu.
Prawda, zachodzi tu drobna trudność, z którą jednak widocznie i Carlyle się liczy, mianowicie pytanie, czy też obietnice Mahometa wogóle są czegoś warte? w czyjem on przemawia imieniu? kto go do zakładania nowej religii upoważnia? czem wykazuje, że nie jest zwodzicielem i szarlatanem, ale reformatorem i zakonodawcą?
Otóż na te wszystkie niedyskretne pytania odpowiedzi wystarczającej nie daje ani sam Mahomet, ani żaden z jego wyznawców, ani nawet Carlyle, mimo całą swą ku niemu sympatyę.
Co mówię, Carlyle ją daje, ale jaką? »Koran — to nudna i ciemna paplanina, powiada, niestrawna, bezkształtna i bezwładna: jednem słowem, to stek głupoty nieznośnej.« — I tę »głupotę nudną, nieznośną« miałby Mahomet otrzymać od P. Boga, a jeśli od P. Boga jej nie otrzymał, to otrzymał od kogo?
Sam Mahomet wprawdzie utrzymuje, że wziął ją z góry, z posłannictwem do przeprowadzenia rozpoczętego przez siebie dzieła. Ale na to znowu dowodów nie daje żadnych, przynajmniej wystarczających, krytycznych; bo powoływać się na sny, widzenia, to doprawdy za mało. Przecież każdy oszust, mógłby na nie się powoływać. Zresztą gdyby Mahomet nawet sam nie był oszustem, jak za tem przemawiają pozory, mógłby być »oszukanym« przez