Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wszystkie łzy już wypłakałam! — odrzekła ciotka Klotylda, rzucając wściekłe spojrzenie na zbliżającego się handlarza. Łzy moje święte, nie pokażę ich temu psu! O, za nic w świecie nie ujrzy u mnie łez!
— Marsz, do wózka! — krzyknął Haley, przechodząc między czeladzią, patrzącą nań z nienawiścią. Gdy Tomasz był już na wózku, Haley wyjął z pod siedzenia kajdany i założył mu je na nogi.
Okrzyk oburzenia przebiegł po gromadzie, a z okna werandy dał się słyszeć głos pani Szelby.
— Panie Haley, zaręczam panu, że to zupełnie niepotrzebna ostrożność.
— Któż to może wiedzieć, łaskawa pani, już i tak straciłem w tym domu pięćset dolarów, więcej ryzykować nie mogę i nie chcę.
— Cóż to, czy myślała, że go ułagodzi? — zamruczała Klotylda, gdy tymczasem chłopcy, zrozumiawszy o co chodzi, z płaczem tuliły się do matki.
— Bardzo mię to boli, bardzo boli, — rzekł Tomasz, — żem się nie mógł pożegnać z młodym paniczem.
Jerzy tegoż dnia rano wyjechał do sąsiedniej plantacji zabawić parę dni u jednego ze swych rówieśników. Wyjechał rychło rano, kiedy jeszcze wiadomość o nieszczęśliwej doli jego przyjaciela nie rozniosła się i wyjechał o niczem nie wiedząc.
— Kłaniajcie się ode mnie mojemu młodemu paniczowi — rzekł Tomasz smutnie.
Haley trzasnął z bicza, a wózek szybko się potoczył, uwożąc Tomasza, który długo jeszcze siedział z wzrokiem zwróconym ku miejscu, gdzie się rodził, gdzie wszystko co sercu drogie, zostawił, aż go odległość i mgły poranne i tego widoku pozbawiły.
Pana Szelby nie było w domu. Zgodził się on na sprzedaż Tomasza przynaglony koniecznością, widział w tem jedyną drogę wyjścia z przykrego dlań położenia, i dlatego wnet po podpisaniu kontraktu, doznał uczucia radości, jakby mu spadł kamień z serca. Lecz łzy i wyrzuty żony obudziły w jego piersiach na wpół drzemiące sumienie; a zaparcie się siebie Tomasza i pokorne poddanie się losowi swemu powiększyły jeszcze więcej moralne jego cierpienia. Napróżno starał się sam siebie przekonać, że miał prawo tak postąpić, że wszyscy tak postępują, nawet bez potrzeby — nie zdołał się jednak we własnych uniewinić oczach, i dlatego, by uniknąć bolesnego rozłączenia i pożegnania, wyjechał za wymyślonym interesem, ciesząc siebie nadzieją, że wszystko się załatwi do jego powrotu.
Tomasz tymczasem wraz ze swym towarzyszem podróży, wymijali z kolei wszystkie znajome mu miejsca, aż przebyli granicę plantacji, i znaleźli się w otwartem polu.
Ujechawszy blisko milę, zwrócił Haley z drogi, podjechał do kuźni, wyjął parę kajdanek, i kazał je rozszerzyć.
— Za małe dla niego — rzekł Haley, zwracając się do kowala i pokazując na Tomasza.
— Cóż to? Wszakże to Tomasz od Szelbych? Czyż się zgodzili sprzedać tego poczciwca? — zapytał kowal.