Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Sprzedali — odpowiedział Haley.
— Czy być może? Ktoby to myślał! — dorzucił kowal. — Jego okuwać nie trzeba, to zacne, poczciwe człowieczysko.
— Tak, tak, znam ja ich wszystkich owych poczciwych ludzi! Z takim właśnie trzeba się mieć na baczności i pilnować. Głupich, łotrów i pijaków, — zawieź ich, gdzie chcesz, im wszystko jedno; ale z tymi, to rzecz inna, dla nich taki wyjazd — to gorsze od śmierci. Jedyny sposób, skrępować ich jak baranów.
— Z pewnością, że nasi murzyni z Kentucky nie bardzo chętnie na Południe się udają, boć też tam padają jak muchy; wszakże prawda?
— Niezawodnie; umierają dość wcześnie, zabija ich klimat, no — i inne przyczyny... Ale właśnie dlatego popyt na towar jest tam zawsze wielki i robi się dobre interesa.
— Żal mi jednakże Tomasza, że taki właśnie poczciwiec będzie musiał marnie zginąć.
— Jemu tak źle nie będzie. Przyrzekłem jego pani, że go byle komu nie sprzedam; ulokuję go w jakim arystokratycznym domu jako służącego. A jeżeli przetrwa febrę i przyzwyczai się do klimatu, toż będzie i szczęśliwy.
— A żonę i dzieci zostawił pewnie tu w Kentucky?
— A jakże, ale tam znajdzie się inna, kobiet dość na świecie.
Podczas tej rozmowy, siedział Tomasz na wózku, pogrążony w smutnych myślach.
Wtem posłyszał za sobą tętent kopyt końskich, zanim się obejrzał, już młody Jerzy, ukochany jego panicz, zeskoczył z konia, wdrapał się na wózek, na którym siedział Tomasz i objął go dokoła szyi, obsypując gorącymi pocałunkami, a po twarzy młodzieńca spływały obfite łzy.
— O, to podle, to nędznie! — wołał Jerzy w oburzeniu. — Niech mówi kto co chce, to grzech, to hańba! Gdybym był dorosłym mężczyzną, nie dopuściłbym tego, oparłbym się wszelkiemi siłami; jak mi Bóg miły, coś podobnego nie mogłoby zajść.
— Ach, paniczu kochany, prawie niepodobieństwem było dla mnie odjechać bez pożegnania się z paniczem; słowa twoje płyną jako balsam na zbolałą moją duszę.
W tejże chwili poruszył Tomasz nogą i Jerzy usłyszał brzęk kajdan.
— A to bezecność! ja tego łotra ubiję!
— Paniczu, daj mu spokój i mów ciszej; nie zdołasz mi pomóc, przeciwnie, tylko możesz mi zaszkodzić, bo gotów się na mnie mścić.
— Dobrze, dla ciebie to zrobię, że dam mu spokój; ale hańba pozostanie hańbą. Czyż to nie wstyd, że mnie wysłano z domu, abym nie widział, kiedy cię zabiorą, i ani słowa mi nie powiedziano. Żeby nie Tomasz Lincoln, który mnie o tem powiadomił, nic nie byłbym wiedział. Ale też w domu narobiłem z tego powodu hałasu, wierzaj mi.
— Niedobrze, paniczu, postąpiłeś.
— Cóż miałem począć? Powiedziałem im, że to wstyd, hańba! Wiesz co, wuju Tomaszu, — dodał głosem tajemniczym, odwracając się tyłem do kuźni — przywiozłem ci medalionik z Matką Boską.