Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


raz ostatni częstowała swego męża; kto wie, czy kiedy jeszcze w życiu zje co pożywnego.
— Patrz, Pietrek, patrz! — zawołał triumfującym głosem Mundziu i już się przygotował, żeby ściągnąć z talerza skrzydełko kurczątka, ale właśnie w tej chwili matka pacła go przez rękę i przeszkodziła w tak świetnych zamiarach.
— Widzisz go, już zęby wyszczerzył, nie da ojcu spokojnie po raz ostatni pośniadać.
— Ach, Klotyldo — rzekł Tomasz, czyniąc jej łagodną wymówkę.
— A cóż mam począć? Już ja za to nie mogę — odrzekła ciotka Klotylda, zakrywając twarz fartuchem — w głowie mi się przewraca, nie wiem co czynię.
Chłopcy zatrzymali się w osłupieniu, spoglądając z kolei to na ojca, to na matkę, gdy tymczasem ich młodsza siostrzyczka, za odzież matki uczepiona, objawiała swe żądanie krzykiem, którego żadne perswazje złagodzić nie mogły.
— No! — odezwała się ciotka Klotylda, ocierając łzy i biorąc dziecko na ramię, — niema z wami rady, macie kurczaka, jedzcie, moje dziatki! biedne sieroty! matka was skrzywdziła.
Dziatwa, nie czekając, by ją drugi raz proszono, wzięła się z zapałem do jedzenia, i w krótkim czasie sprzątnęła cały zapas przysmaków, ustawionych na stole, a i dobrze zrobiła, bo rodzice nic nie jedli, jakby mieli gardła pozawiązywane.
Po śniadaniu zaczęła się ciotka Klotylda krzątać po izbie.
— Teraz spakuję rzeczy twoje. Prawdopodobnie wszystko ci zabiorą. O znam ja ich, — tych podłych łotrów. Tutaj w kącik włożę ci kaftan flanelowy przeciw reumatyzmowi; pilnuj, aby ci go nie wzięto, bo nikt nowego ci nie zrobi. Wczorajszej nocy zacerowałam ci szkarpetki i kłębek wełny włożyłam w środek. Miły Boże, któż ci to w przyszłości zrobi?
Nie mogąc przezwyciężyć wzruszenia, pochyliła się nad kufrem i zaczęła głośno szlochać.
— Gdy pomyślę, że nikt się tobą, czy będziesz zdrów, czy chory, nie zaopiekuje, to doprawdy zbiera mnie rozpacz i niech Bóg mi przebaczy, że nie umiem być pobożną.
Dzieci, pozjadawszy wszystko, co było na stole, spostrzegły po smutnych twarzach rodziców, że coś niedobrego się stało; widząc, że matka płacze, zakryły oczy rączkami i zaczęły również płakać. Tomasz wyjął z kołyski najmniejszą dziewczynkę i wziął ją sobie na kolana. Maleństwo poczęło ojca drapać po twarzy, szarpać za włosy, a rozigrawszy, wybuchało przy każdem szarpnięciu głośnym śmiechem.
— Śmiej się, śmiej, córuchno! — odezwała się Klotylda. — Przyjdzie i na cię kolei, i tobie wezmą męża i sprzedadzą go a może i ciebie samą... I was to nie minie, moje dzieci, gdy tylko podrośniecie i nacokolwiek się przydacie, powleką was w świat i sprzedadzą. Dla murzyna, prócz niewoli, nic niema na świecie.
— Pani idzie! — zawołał jeden z malców.