Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie opuści?! — przerwała Klotylda — Bóg nie opuści ależ ludzie straszne wyrabiają rzeczy, a Bóg to wszystko cierpi! Och, och, wątła nadzieja!
— Wszystko w ręku Boga, nic się nie dzieje bez Jego świętej woli. Dzięki niech będą Jemu, że to mnie, a nie ciebie lub dzieci sprzedali. Wy tu będziecie żyć spokojnie, a mnie Bóg wesprze, On mnie nie opuści, — wiem o tem.
Tomasz mówił to głosem stłumionym, widocznie walczył sam z sobą, boleść piersi mu ściskała, ale starał się mówić spokojnie, bo ta szlachetna i wzniosła dusza zapominała o swej własnej niedoli, byle tylko bliźnich pocieszyć.
— Pomnijmy na łaski, któremi nas darzy, — dodał drżącym głosem, jakby myśl podobna w obecnym położeniu była rzeczą naturalną, konieczną.
— Łaski! — przerwała ciotka Klotylda. — Przyznam ci się, że tu żadnej łaski nie widzę! Co za łaski, tu sprawiedliwości niema, — ani iskierki! Czyż to wszystko stało się sprawiedliwie? Pocóż było panu leźć w długi, tak że ciebie musi sprzedać? Przecież już od dawna obiecywał i powinien był ciebie uwolnić! Może teraz nie może inaczej postąpić, ale czyż to sprawiedliwie? Już mnie nie przekonasz, to daremne. Czy mu nie służyłeś wiernie? czyś jego dobra nie pilnował? czyś nie dbał więcej o niego, niż o własne dzieci? Bóg ukarze tych, co cudzą krwią i łzami płacą swoje długi, o, pewno ukarze!
— Klotyldo! posłuchaj mnie, jeżeli mnie kochasz: nie mów nic podobnego, teraz właśnie, kiedy może po raz ostatni z sobą rozmawiamy. Mnie boli serce, moja droga, że słyszę cię złorzeczącą naszemu panu. Przecież mnie go oddano, kiedy był jeszcze małem dziecięciem... jakże mam nie myśleć o nim, nie pracować dla niego? Jakże mam wymagać, żeby miał myśli swoje biednym Tomaszem zaprzątać? Panowie przyzwyczajeni, żeby im usługiwano i wszystko robiono dla nich; oni temu niewinni, to ich natura — gdzież im myśleć o takiej bagateli? Tego niepodobna wymagać, doprawdy niepodobna! Spojrzyj na innych, kto ma takie wygody, jakie ja tu miałem? Nasz pan nigdyby nie dopuścił podobnego nieszczęścia, żeby można było temu zaradzić.
— Mów co chcesz, a zawsze to nieczysta sprawa — odrzekła Klotylda, która miała w swym charakterze wiele upartej prawości. — Ja to czuję, ot tu! — i uderzyła się po piersiach.
— Myśl częściej o Bogu, On czuwa nad wszelkiem stworzeniem, — lichy wróbel bez Jego woli nie zginie.
— Jużci tak jest, ale jakoś od tego nie lżej na duszy, chyba później, może Pan Bóg da, ciężar z serca spadnie. Ot, co tu i gadać! słowa nic nie pomogą... Pośniadaj lepiej po raz ostatni, jak człowiek; zaraz ci wyjmę jadło z pieca. Kto wie, czy się kiedy zobaczymy i czy będziemy jeszcze jedli przy jednym stole!
Niedługo dymiły na stole skromne ale smacznie przyrządzone potrawy. Pani Szelby zwolniła dnia tego ciotkę Klotyldę od służby. Na urządzenie tej uczty pożegnalnej wyczerpała nieszczęśliwa całą swą umiejętność kucharską, cały stół zastawiła przysmakami: wszakże po