Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łatwo porwać kogokolwiek z mego domu. Teraz śpij spokojnie, jakby pod opieką rodzonej matki, — rzekł i wyszedł, drzwi za sobą zamknąwszy.
— Ładna kobiecina! — odezwał się do senatora. — Tem gorzej dla niej; piękność zmusza je najczęściej do ucieczki, skoro w sercu nie wygasły uczucia poczciwości i godności kobiecej... Tak, tak, wiele takich widziałem przykładów.
Senator opowiedział w krótkich słowach historję Elżbiety.
— Więc to tak! — zawołał poczciwiec z współczuciem, — hm, hm, rozumiem, rozumiem! Biedna ona, biedna! Tropią ją jak dzikiego zwierza, bo słucha głosu natury i czyni, jak każda uczciwa matka czynić powinna. Gdy coś podobnego słyszę, nie posiadam się z gniewu i mógłbym kląć w żywe kamienie; bo czyż można patrzeć z zimną krwią na takie bezecejstwa? I zacny pan Jan otarł swą spracowaną ręką łzę, która spłynęła po jego ogorzałej twarzy.
W toku rozmowy otworzył butelkę owocowego wina i poczęstował gościa.
— Najlepiej pan zrobisz, gdy się u mnie przenocujesz — rzekł z nieudaną szczerością. — Każę natychmiast przysposobić łóżko.
— Dziękuję ci, zacny przyjacielu, nie mogę jednak korzystać z gościnności, bo muszę ruszyć, by się nie spóźnić na pocztę, która idzie do Kolumbu.
— Kiedy tak, to was wyprowadzę na lepszą drogę, niż ta, którą przyjechaliście.
Jan ubrał się i z latarnią w ręku przeprowadził powóz senatora drogą idącą poza farmą. Senator, żegnając gospodarza, wcisnął mu w dłoń papierek dziesięciodolarowy.
— To dla niej, — rzekł lakonicznie.
— Dobrze, — odrzekł Jan. Obydwaj mężowie, uścisnąwszy sobie dłonie, rozstali się.




ROZDZIAŁ X.
Wywiezienie towaru.

Pochmurny, dżdżysty poranek lutowy, tęsknem światłem oświecał wnętrze chaty ojca Tomasza, jeszcze więcej dodając smutnego wyrazu i tak już zbolałym twarzom jej mieszkańców. Na stole, przysuniętym do ognia, ciotka Klotylda prasowała koszule dla męża, z matematyczną prawie ścisłością prostując, wyrównywając każdą fałdkę, przerywając od czasu do czasu swe zajęcie, dlatego tylko, by otrzeć łzy spływające po jej czarnych policzkach.
Tomasz siedział obok z głową wspartą na dłoni; na kolanach miał otwartą księgę Nowego Testamentu. Mąż i żona milczeli oboje, a dziatwa nieświadoma jutra, spała jeszcze spokojnie na swych posłaniach.