Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A jednak tłoczy mnie ciężar winy. Trudno, abym mówiła co innego, skoro czuję...
— Hej, Andrzej, żwawiej murzynku! — zawołał Sam. Odprowadź konia do stajni. Cóż, nie słyszysz, że pan wołał?
Po chwili wszedł Sam do pokoju, trzymając w ręku palmowy kapelusz.
— No Sam, opowiedz nam wszystko, jak było — odezwał się pan Szelby — a najprzód, czy wiesz, gdzie jest Elżbieta?
— Jakże nie mam wiedzieć? Widziałem przecież na własne oczy, jak po krach skakała. To cud był widoczny! Na drugim brzegu jakiś człowiek dał jej pomoc, a później straciliśmy ją z oczu.
— Sam, ten cud zdaje mi się być wątpliwym, — przerwał pan Szelby, — przejść po krach nie tak łatwo.
— Z pewnością, że nie łatwo! Bez pomocy Bożej nikt tego nie potrafi. Ot opowiem, jak było: pan Haley, Andrzej i ja, podjechaliśmy do niewielkiej gospody, co to na samym brzegu Ohio... Ja jechałem przodem i trochę mi było, jak pan to wie, pilno złapać Elżbietę... Podjeżdżamy ku gospodzie, patrzę... a Elżbieta w oknie... aż tu jak na licho wiatr mi zerwał kapelusz z głowy... Nie mogłem powstrzymać się, krzyknąłem... Elżbieta posłyszała i odskoczyła od okna... Pan Haley nic nie widział. Elżbieta wybiegła przez inne drzwi i popędziła co sił do brzegu, pan Haley zawołał na nas, puściliśmy się w tropy za uciekającą. Woda wystąpiła na parę sążni z brzegów, a tam dalej kry jak wyspy, ot tak... i płyną, jedna drugą popychając. — Już, już mieliśmy ją schwytać, jabym głowę dał za to, że już ją trzymaliśmy w ręku, nie miała gdzie uciekać. Aż w tem, jak krzyknie! takiego krzyku jeszcze nie słyszałem, — jak skoczy! jednym susem stanęła na krze — a potem przeskakiwała z jednej kry na drugą... Kra się spiera, łamie, huczy, a ona, biedna, skacze jak kotka... Tak, panie, to był cud prawdziwy.
Pani Szelby siedziała zamyślona w milczeniu. — Twarz jej była blada od wzruszenia, wzbudzonego opowiadaniem Sama.
— Chwała Bogu, że żyje! Ale gdzie teraz być może?
— Pan Bóg nad nami! — odezwał się Sam, wznosząc oczy w górę, z wyrazem pobożności i pokory. — Wszystko od Jego woli świętej zależy, bez Niego włos nam z głowy nie spadnie, pani nas sama tego uczyła. Beze mnie sto razy byliby ją złapali. Czy nie rozpuściłem dzsiaj rano koni, a potem aż do południa za nimi się nie uganiałem? A dziś wieczorem udało mi się sprowadzić pana Haley z drogi i pięć mil przejechaliśmy napróżno. Bez tego nie byłaby Elżbieta zdołała uciec; dopędziłby ją, jak wilk owieczki. We wszystkiem jest opatrzność Boża.
— W przyszłości jednak nie radzę ci odgrywać roli opatrzności Boskiej — odezwał się pan Szelby z udanym gniewem. — Nie mogę na to pozwolić, aby w domu moim w ten sposób traktowano gości.
Wobec murzynów to tak jak wobec dzieci, nie łatwo udać, że się na nich gniewamy; potrafią instynktownie odgadnąć nasze rzeczywiste usposobienie, choćbyśmy starali się jak najlepiej gniew udać...