Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wnątrz obróconej. Twarz jego zdradzała wyuzdanie i okrucieństwo, niezwykły kostjum, jaki miał na sobie, dodawały jeszcze więcej twarzy jego wyraz zwierzęcości. Wyobraź sobie, czytelniku, buldoga ubranego w strój ludzki, a będziesz miał obraz owego człowieka. Obok stał nieodstępny jego towarzysz, stanowiący żyjące przeciwieństwo co do figury i budowy ciała. Była to mała, sucha postać z czarnemi ruchliwemi oczami, z rysami twarzy ostremi, z nosem ostrym, ciekawie naprzód wysuniętym.
Wszystkie jego ruchy i wyraz twarzy zdradzały spryt, przebiegłość i oględność.
Olbrzym pochwycił za ogromną szklenicę, do połowy napełnioną, i wychylił ją od razu. Malutki człowiek zaś podniósł się na palcach, spojrzał po butelkach, jakby chciał zwietrzyć, co zawierają a później piskliwym głosem poprosił o wodę z sokiem owocowym.
Skoro mu podano, obejrzał szklankę z zadowoleniem i zaczął popijać.
— Jak się masz, Loker? Co cię sprowadziło w te strony — zawołał Haley, wyciągając rękę.
— A ciebie skąd djabli tu dotąd przynieśli — odrzekł Loker.
Mały człowieczek, który się nazywał Marks, przestał pić i podniósłszy głowę, przypatrywał się ciekawie przybyłemu, zupełnie z taką samą ciekawością, z jaką przypatruje się kot poruszającemu się listkowi.
— To szczęście, żem ciebie spotkał. Wpadłem w matnię, musisz mnie ratować.
— Oho! — mruknął olbrzym. — Łatwo się domyśleć, dlaczego tak się ucieszyłeś, gdyś mnie zobaczył. No i cóż się stało?
— Jesteś tu z przyjacielem? — zapytał Haley, patrząc z niedowierzaniem na Marksa. — Może to twój spólnik?
— Tak, to Marks, z którym miałem spółkę w Naczez.
— Bardzo mi przyjemnie poznać, — rzekł Marks, wyciągając długą, kościstą rękę, bardzo podobną do wroniej nogi. — Pan Haley, jeżeli się nie mylę.
— Tak jest, — odrzekł Haley. — Ponieważ szczęśliwy traf nas tu sprowadził, prosiłbym o chwilę cierpliwości: chciałbym pomówić z wami o dość ważnym interesie... Hej, stary! — zawołał zwracając się do człowieka, stojącego za bufetem — daj gorącej wody, cukru, cygar i butelkę esencji, ale dobrej, czystej.
Zapalono świecę, ogień buchnął na kominie, a trzej wspólnicy zasiedli około stołu, na którym postawiono wazę ponczu.
Haley zaczął rozrzewniające opowiadanie o swoich niepowodzeniach. Loker zacisnął usta i słuchał w ponurem milczeniu. Marks, pracujący nad przyrządzeniem sobie ponczu wedle swego gustu, od czasu do czasu przerywał swe zajęcie. Poglądał na Haleya i kiwał potakująco głową. Widocznie najbardziej zajmowało go zakończenie tej historji, ruszał ramionami, potrząsał głową, a na wąskich ustach przebiegł uśmiech wewnętrznego zadowolenia.
— No, niema co mówić! — zauważył; — hi, hi, hi,! a toś pan wpadł.
— Handel dziećmi przynosi zwykle więcej kłopotu niż korzyści, — zauważył smutnie Haley.