Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A niech Pan Bóg broni! — odrzekł Sam, który, nie mogąc dłużej wstrzymać śmiechu, wybuchnął na całe gardło. — Śmiesznie to tylko wyglądało, jak po lodzie skakała, a lód pod nią krach... krach... krach... A też to, jak mi Bóg miły — tęgo sadziła...
Sam i Andrzej śmiali się, aż im łzy potoczyły się po czarnych, błyszczących policzkach.
— Poczekajcie, zaraz wy mi inaczej zaśpiewacie! — zawołał Haley, zamierzając się batogiem; lecz murzyni się uchylili, cios chybił, i zanim Haley, goniąc za nimi, wdrapał się na górę, już dosiedli koni.
— Dobrej nocy, panie Haley! — rzekł Sam z powagą. — Nasza pani pewno niespokojna o Jerry. Wszakże my już panu niepotrzebni? A pani pewnie także nie życzyłaby sobie, żeby jej konie nocowały na lodzie... Dobrej nocy panu! — I szturchnąwszy Andrzeja kułakiem, puścił konia cwałem. Długo jeszcze można było słyszeć wesoły śmiech oddalających się murzynów.




ROZDZIAŁ VIII.
Prześladowcy Elżbiety.

Już zmierzchało, gdy Elżbieta, rozpaczą wiedziona, cudownym sposobem przeprawiła się przez rzekę Ohio. Mgły wieczorne, wznoszące się ponad rzeką, zakrywały ją w miarę tego, jak się oddalała od brzegu. Bystry prąd i nagromadzone masy lodu ubezpieczyły ją przez natychmiastową pogonią jej prześladowców.
Haley, rozgniewany niepomyślnym skutkiem pościgu, wracał powoli do tawerny, by się tam namyślić, co dalej przedsięwziąć. Gospodyni otworzyła mu drzwi i wprowadziła do niewielkiego pokoju, zasłanego brudnym dywanem; w pośrodku pokoju stał stół pokryty ceratą, dokoła stołu krzesła z wysokiemi poręczami, a nad kominem kilka figurek gipsowych, jaskrawo malowanych; przy ścianie stała ławka, na której zasiadł Haley, by tam rozmyślać o zmiennych losu kolejach i niestałości ludzkiego szczęścia.
— I poco mi pędzić za tą dziewką? — mówił sam do siebie. — Czyż to warto zachodu? — I dając folgę wezbranemu gniewowi, rzucił kilka klątw na siebie i całą ludzkość. Przez wzgląd na naszych szanownych Czytelników, nie będziemy ich tutaj powtarzali.
W tej chwili zbudził go z zamyślenia głos silny, lecz nieprzyjemny nowego gościa, który zajechał przed gospodę i zsiadał z konia.
Haley pobiegł ku oknu.
— Słowo honoru, to nieoledwie „tak zwana“ opatrzność... wszystko da się jeszcze naprawić... toć to Tomasz Loker! — zawołał i wybiegł spiesznie z izby. Przy bufecie stał barczysty mężczyzna, około sześciu stóp wysoki, odziany w kaftan z skóry bawolej, sierścią na ze-