Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/347

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Bóg opuścił wiernego sługę Swego? Czasami spotykał Kassy; a gdy był przyzywany do domu, co się rzadko zdarzało, ukradkowo widział melancholiczną postać Eweliny; lecz nie mógł mieć żadnych z niemi stosunków, bo i czasu mu brakowało do rozmowy.
Pewnego wieczora zmęczony, opadły z sił, siedząc przy słabym ogniu, przy którym gotował nędzną swoją kolację, podrzucił doń trochę łuczywa dla powiększenia światła i otworzył książkę do nabożeństwa. Często czerpał w książce tej pociechę, dzisiaj, czyż słowa te straciły swoją siłę? czyż serce jego osłabło tak bardzo, że już się zagrzać nie może? Z ciężkiem westchnieniem włożył księgę napowrót do kieszeni i głęboko się zamyślił. Zwierzęcy śmiech przerwał jego zamyślenie. Zadrżał, podniósł oczy i ujrzał stojącego przed sobą Legrisa.
— Ha, stary psie! — krzyknął brutal — jak widzę, przekonywasz się nakoniec, że twoja religja przestaje działać! Ja nie wątpiłem, że z czasem przez tę szorstką wełnę wpakuję do tego łba trochę więcej rozumu!
Okropny, złośliwy sarkazm był boleśniejszym od głodu, zimna i wszelkiego niedostatku; lecz Tomasz milczał.
— Jesteś głupi! Kupując ciebie, chciałem twego dobra — mówił dalej Legris. — Zależało od ciebie, byś był szczęśliwszym od Sambo, od Kimbo i od nich obu razem. Zamiast być bitym, męczonym każdego dnia, ty sam mógłbyś podnieść głowę nad równych sobie, bić ich, ile by ci się podobało. Czasami nawet miałbyś dla rozweselenia serca czarkę dobrego, ciepłego ponczu. No, Tomaszu, usłuchaj rozsądku! rzuć w ogień cały zbiór tych starych kuglarstw i przejmij się mojemi zasadami.
— O niech mię Bóg strzeże od tego! — zawołał Tomasz z zapałem.
— Czyż ty nie widzisz, że Bóg nie opiekuje się już tobą? bo czyż inaczej dozwoliłby ci wpaść w moje szpony? Twoja religja jest tylko zbiorem starych bredni, kłamstw i oszukaństw. Wiem to z doświadczenia; bądź pewny, że nic nie stracisz, kiedy będziesz mnie słuchał. Wszakże ja jestem czemś i mogę coś!
— Nie, panie — rzekł Tomasz — ja pójdę swoją drogą. Czy Bóg mi będzie pomagał lub nie, nigdy Go nie odstąpię, nie przestanę w Niego wierzyć aż do końca życia!
— Podwójne głupstwo, stare oszukaństwo! — krzyknął Legris, plując mu w oczy i trącając nogą. — Ho! ho! ja cię nagnę, ja cię nauczę pokory; zobaczysz, przeklęty psie! — i wyszedł.
O! jakże często się zdarza, że dusza przygnieciona zbyt ciężkiem prześladowaniem, upadając do ostatecznych granic poniżenia i niemocy, nagle przez gwałtowne oddziaływanie odzyskuje stracone siły, wszystkie jej władze się wytężają i z potęgą niewypowiedzianą zrzuca ciężar ją gniotący. Doświadczył tego prześladowany Tomasz. Bezbożne drwinkowanie wyczerpało siły, wiara jego wprawdzie go podtrzymywała jeszcze, ale było to już ostatnie konwulsyjne wysilenie zrozpaczonej duszy męczennika, i siedział skurczony, przybity przed gasnącym ogniem. Nagle wszystko znikło mu z przed oczu i stanął Syn Człowieczy w ko-