Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/341

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zbyt silnie, to musi pęknąć; tak samo ze mną! Ale, wracając do dziewczyny, poradźcie, aby się przebrała, bo jej opis już mają tam w Sandusky.
— Nie zapomniemy o tem — rzekła Dorkas ze zwykłym sobie spokojem.
Nim opuścimy Tomasza Lokera, musimy dodać, że po trzech tygodniach, spędzonych w domu swych dobrodziejów, powstał z łóżka po ciężkiej gorączce, trochę smutniejszy, lecz i rozsądniejszy. Zaprzestał swego rzemiosła ścigania zbiegłych niewolników, osiadł w nowej kolonji, gdzie jego zdolności pomyślnie się rozwinęły; polując i łowiąc w siecie wilki i niedźwiedzie, pozyskał wielką sławę w całej okolicy.
Idąc za radą Tomasza Lokera, zbiegowie nasi rozłączyli się. Jim i jego stara matka wyjechali naprzód, w parę dni potem Jerzy ze swą żoną i dzieckiem; w Sandusky wstąpili do przyjaznego im domu i nazajutrz mieli wsiąść na statek.
Niebo już się pokryło szkarłatem poranku i gwiazda wolności zaświeciła nad głowami naszych niewolników. Wolność! słowo pełne elektrycznej potęgi! Czyż ono jest tylko prostem słowem, retoryczną figurą?
Co jest sławnem i drogiem dla narodu, jest sławnem i drogiem dla pojedynczego członka tego narodu! Czyż wolność narodu nie jest wolnością każdej jednostki? Wasi ojcowie pod wolnością rozumieli święte, nietykalne prawo, jakie ma każdy naród być narodem! A cóż jest wolność dla tego młodego mężczyzny, siedzącego ze skrzyżowanemi rękoma na szerokiej, męskiej swej piersi, z odcieniem krwi afrykańskiej na twarzy, ze zwrotnikowym ogniem w oczach? Dla niego jest ona prawem człowieka być człowiekiem, a nie bydlęciem, prawem, które mu dozwala żonę wybraną sercem, nazywać swoją własną żoną, bronić jej przeciw wszelkim niesprawiedliwym napaściom; bronić i wychowywać dziecię swe, mieć swój dom, właściwy sobie charakter, religję, niezależne od woli i kaprysu kogoś drugiego. Te i podobne myśli zajmowały umysł Jerzego, kiedy ze wspartą głową na ręku, z miłością patrzał na wysmukłą, wiotką postać swej żony, przebranej w odzienie męskie, które uważał za konieczne dla pewniejszego omylenia pogoni.
— A teraz, na nie kolej — rzekła Elżbieta, stojąca przed lustrem i rozpuściła swoje długie, czarne, jedwabne włosy. — Czy nie szkoda ich, mój drogi — i oddzieliła kilka pasm. — Czyż nie szkoda tak jednem cięciem ich się pozbyć?
Jerzy nic nie odpowiadając, smutnie się zaśmiał. I pukle pod nielitościwemi nożycami spadały jedne po drugich.
— Stało się! — rzekła Elżbieta, biorąc szczotkę; — a teraz trochę fantazji, a wszystko powiedzie się doskonale. Cóż, nie jestem ładnym chłopcem? — pytała, obracając się do męża z uśmiechem i rumieniec oblał piękną jej twarz.
— Tyś zawsze piękna — rzekł Jerzy w smutnem zamyśleniu.
— Dlaczego, mój drogi, jesteś taki zamyślony? — spytała Elżbieta, klękając przed nim na jedno kolano i kładąc swą rękę na jego ręku. — Jesteśmy tylko od Kanady, jak mówią, o dwadzieścia cztery godzin drogi. Jeden dzień i noc a będziemy na jeziorze, a potem, potem!...