Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/337

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— W szopie przy magazynie — odpowiedziała Kassy.
Chociaż tak stanowczo, z taką pewnością mówił Legris do Kassy, jednak wyszedł z mieszkania z pewnym rodzajem zwątpienia, co się jemu nigdy nie zdarzyło. Marzenia przeszłej nocy i mądre uwagi Kassy dręczyły go. Postanowił, aby nikt nie był przytomną jego widzeniu się z Tomaszem, i kiedy nie będzie mógł groźbą wymóc na nim uległości, odłoży zemstę do czasu pomyślniejszego.
Tajemnicze rady Kassy, zamiast osłabić postanowienie Tomasza, przeciwnie, jeszcze je wzmocniły. Być może, że przeczuwał dzień wyzwolenia i serce w nim biło radością i gorącem pragnieniem szczęścia wiecznego! Bez drżenia, bez strachu, z pewnym nawet rodzajem radości oczekiwał swego prześladowcy:
— Ha, mój chłopcze! — zawołał Legris, pchnąwszy go nogą. Jakże się masz? Czy ci nie mówiłem, że cię nauczę rzeczy, których jeszcze nie umiałeś? Co, lekcja się podobała, skorzystałeś z niej, hę? Czy jeszcze będziesz tak zuchwałym, jak wczoraj?... A czybyś nie potrafił mnie, biednego grzesznika, uraczyć jakiem dobrem kazaniem? Popróbuj!...
Tomasz nic nie odpowiedział.
— No, wstawaj, przeklęty zwierzu! — krzyknął Legris, powtórnie go nogą uderzając.
Zbity, osłabiony Tomasz z trudnością tylko mógł wypełnić rozkaz, co widząc barbarzyńca, zapytał drwiąco:
— Co ciebie uczyniło tak powolnym... może wiatr zawiał w nocy?
Tomasz wstał i śmiało, z wypogodzonem czołem patrzał w oczy swemu panu.
— Hę, do djabła, to ty możesz się jeszcze ruszać? — rzekł Legris z ironją, oglądając Tomasza od stóp do głowy; — mnie się zdaje, że za mało ci dano. No, teraz na kolana, psie, przed swym panem i proś o przebaczenie za wczorajsze twoje głupie postępowanie.
Tomasz się nie ruszył.
— Na kolana, przeklęty murzynie! — powtórzył Legris, uderzając go biczem.
— Panie Legris — rzekł Tomasz — nie mogę tego uczynić. Zrobiłem, co uważałem za powinność moją. Tak samo postąpiłbym, gdyby podobna okoliczność powtórnie się zdarzyła. Nigdy się nie dopuszczę kłamstwa, cokolwiekby miało mnie spotkać.
— Tak, lecz ty się nie domyślasz, panie Tomaszu, co może cię spotkać. Czy będzie ci się podobało być przywiązanym do drzewa i upieczonym na powolnym ogniu?
— Panie — odpowiedział Tomasz — wiem, że możesz się dopuścić okropnych rzeczy, lecz — i Tomasz wyprostował się, składając ręce — lecz po zabiciu ciała, nie będziecie mogli nic więcej uczynić, tak — nic! A potem... o! potem nastąpi wieczność, przejasna wieczność!
Wieczność!“ dusza niewolnika zadrżała, oblana światłem i potęgą tego słowa, zadrżała i dusza zbrodniarza, ale jak od ukąszenia skorpiona. Oniemiały, wściekły Legris zgrzytał zębami. Tomasz, jakby oswobodzony z ciężkich więzów, głosem spokojnym, triumfującym, mówił dalej: