Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z głową nakrytą kawałkiem kapelusza i który kręcił się około niego z dziwnie uniżoną usłużnością. — Jakże szło beze mnie, dobrze, hę?
— Bardzo dobrze, panie! — odrzekł Sambo.
— Kimbo! — zawołał Legris do drugiego, który różnemi sposobami starał się ściągnąć na siebie jego uwagę. — Czy zrobiono, co rozkazałem?
— Niema już żadnego niebezpieczeństwa panie — odrzekł zapytany.
Ci dwaj byli głównymi wykonawcami woli pana Legris na plantacji. Nauczył ich okrucieństwa, srogości, brutalstwa, tak że mogli śmiało walczyć z buldogami o pierwszeństwo w dzikości. Zauważono powszechnie, że rządca murzyn jest w tyraństwie sroższym, przebieglejszym od białego. Każdy niewolnik staje się stokroć gorszym tyranem, gdy przebiegłością posiędzie władzę.
Legris, na wzór wielu panujących, o których czytamy w historji, dla ulżenia sobie ciężaru panowania, nie dopuszczał jedności i zgody między podwładnymi, obudzał w nich współubieganie się, wzajemną nienawiść. Sambo i Kimbo serdecznie się nienawidzili i również byli nienawidzeni od wszystkich niewolników na plantacji. Legris, podsycając tę nienawiść, obudzając wzajemne szpiegostwo, był pewnym, że się nic nie ukryje przed jego okiem.
Nikt nie może wyrzec się zupełnie towarzystwa. Legris, pierwszych z swych sług dopuszczał do pewnego rodzaju poufałości, co z wielką łatwością według potrzeby umiał obracać na swoją korzyść; na najmniejsze jego skinienie każdy z nich gotów był rzucić się i rozszarpać swego przeciwnika.
O, trzebaby ich widzieć, razem stojących przed obliczem swego pana. Wówczas to w całej pełni okazuje się piekielna sztuka pana Legris. Grube i spodlone rysy ich twarzy przyjmują wyraz okropnej dzikości; ponury wzrok pała nienawiścią i zazdrością, łachmany poruszane wiatrem, mowa pełna dzikiego barbarzyństwa, gardłowy, chrapowaty, nieprzyjemny organ: wszystko to zniżało ich do rzędu zwierząt.
— Hola, Sambo! — zawołał Legris — rozlokuj tych chłopców! Przyrzekłem ci, niedołęgo, kupić żonę, oto masz! — I rozdzielając mulatkę od Eweliny, popchnął ją ku negrowi.
Biedna kobieta zadrżała, a cofając się z przerażeniem, zawołała:
— O panie, ja zostawiłam męża mego w Nowym Orleanie.
— Co? A to zabawne! Co ty mi śpiewasz? — zawołał Legris, podnosząc w górę bat. — Tutaj masz innego męża i nie masz potrzeby się rozwodzić, milcz i ruszaj! No, panienko — rzekł, zwracając się do Eweliny — chodź za mną, no śmielej!
Przez okno wyjrzała dzika, ponura twarz kobiety i znikła, a kiedy Legris wszedł do domu, dał się słyszeć krótki, rozkazujący głos kobiecy. Tomasz z niespokojnością śledząc Ewelinę, zauważył to wszystko i słyszał, jak Legris odpowiedział: Babo! ugryź się w język, ja robię co chcę i nie zważam, czy to się tobie podoba, czy nie!
Tomasz nie mógł słyszeć nic więcej, bo musiał się oddalić za Sambo do mieszkania niewolników. Szli wąską ulicą, między dwoma rzędami nędznych chałup w dość odległej od głównego mieszkania części plan-