Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/308

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tacji. Wszystko tam nosiło charakter okropnego opuszczenia i nędzy. Boleść ścisnęła serce Tomasza na sam tego widok. Biedny! starał się jeszcze pocieszać tą myślą, że będzie przynajmniej miał swoją chałupę, nędzną, straszną bez wątpienia, prawdziwą norę, lecz w której będzie mógł zaprowadzić czystość, porządek, spokój, gdzie w chwilach wolnych od pracy znajdzie spokojne schronienie dla zbolałego serca, dla skołatanego przeciwnościami umysłu. Niespokojnem okiem zaglądał wewnątrz każdej nędznej ciupki, skleconej bez żadnego starania z nieociosanych bierwion; nie dojrzał tam żadnego stołka, posłania, ale tylko przegniłą, brudną słomę, rozrzuconą na stwardniałej gołej ziemi, zoranej niezliczonemi stopami ludzkiemi.
— Która z tych chałup ma być moją? — spytał Tomasz z pokorą swego przewodnika.
— Nie wiem! — odpowiedział Sambo. — Tu może będzie miejsce dla jednego, tam dla drugiego. Teraz dużo jest murzynów na każdą chatę, już nie wiem, czy byłoby miejsca, gdyby ich jeszcze kilku przybyło...
Wieczór się zbliżył. Mężczyźni i kobiety, mieszkańcy tych nor, wracali zmęczeni od pracy, do połowy tylko przykryci odrażającemi łachmanami, smutni, ponurzy, swarliwi, nieradzi wcale z nowo przybyłych. Ożywiła się biedna wiosczyna, ale nie było tam wcale wesołości, zadowolenia, nadziei miłego spoczynku po ciężkiej pracy; grube, chrapowate gardłowo głosy mięszały się z warczeniem ręcznych młynków,