Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dzowie, nie mając wcale stałego zamiaru kupowania, przez samą li tylko ciekawość oglądają niewolników, macają ich, opatrują, spierają się o ich wartość i cenę z taką obojętnością, z jaką tłum dżokejów kłóci się o wartość konia.
— Hola Alfie, co cię tu sprowadza? — spytał młody elegant, uderzając drugiego młodzieńca, zajętego oglądaniem Adolfa przez lornetkę, po ramieniu.
— Potrzebny mi służący, a powiedziano mi, że dzisiaj sprzedają służbę pana Saint-Clare.
— A! za nicbym nie kupił żadnego ze sług Saint-Clara; zepsuci oni wszyscy do najwyższego stopnia.
— Nie lękaj się! — rzekł pierwszy. — Skoro się do mnie dostaną, potrafię ich do swej woli nagiąć. Poznają wkrótce, że mają właściciela nie pana Saint-Clare. Na honor, ten facecik podoba mi się, kupię go.
— Zobaczysz, że cała twa fortuna pójdzie na jego utrzymanie. Jak widać, musi być djabelnie rozrzutnym!
— Prawda, ale wnet zrozumie, że u mnie nie można mieć fantazji, kilka wizyt do Kalabuzy potrafią go ułożyć. Upominam was, że to jest jedyny i nieomylny środek dać uczuć podobnym jemu nieprzy-