Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— To są nuty po mojej matce — rzekł do panny Ofelji — a to jej podpis. Chodź, zobacz, kuzynko. Ona to przepisała i ułożyła na temat Requiem Mozarta.
Panna Ofelja zbliżyła się do instrumentu.
— Ona to często lubiła śpiewać — rzekł Saint-Clare. — Pamiętam jej głos; zdaje się, że słyszę ją teraz.
Uderzył kilka poważnych akordów i zaśpiewał wzniosły, stary łaciński hymn „Dies irae“.
Tomasz słuchał poprzednio ze swego miejsca na galerji, lecz, zachwycony muzyką, zbliżył się i stanął u drzwi z wyrazem głębokiej uwagi. Nie rozumiał on wyrazów, lecz melodja z uczuciem odśpiewana wywarła silny wpływ na niego. Tomasz zapewnieby więcej doznawał rozkoszy, gdyby rozumiał znaczenia prześlicznego tekstu.

Recordare, Jesu pie,
Quod sum causa tuae viae,
Ne me perdas illa die:
Quaerens me, sedisti lassus,
Redemisti crucem passus;
Tantus tabor non sit cassus![1]

Pan Saint-Clare śpiewał z rzewnem, głębokiem uczuciem. Przyszły mu na myśl lata młodości i zdało mu się, że słyszy głos swej matki jemu towarzyszący. Głos i instrument zerwały się w jedną, pełną życia harmonję, utworzoną przez nieśmiertelnego Mozarta dla jego własnego Requiem, kiedy wzniosła jego dusza była bliską opuszczenia ziemskiego mieszkania.
Pan Saint-Clare przestał śpiewać; jakiś czas pozostał nieruchomy z pochyloną głową, później wstał i zaczął chodzić po pokoju.
— Jakież to wzniosłe pojęcie — sąd ostateczny! — rzekł — rozsądzenie wszelkich spraw przez najwyższą mądrość, jedyną, najwyższą sprawiedliwość!
— Straszna to dla nas będzie rzeczywistość! — zawołała panna Ofelja.
— Dla mnie szczególniej — rzekł Saint-Clare, zatrzymując się w zamyśleniu. — Dzisiaj czytałem Tomaszowi po obiedzie rozdział, w którym święty Mateusz opisuje sąd Boży; to wywarło na mnie silne wrażenie. Możnaby, zdaje się, sądzić, że ci, którzy są wyłączeni z nieba, to sami tylko zbrodniarze, gdy tymczasem i ci będą karani, którzy nie pełnili dobrych uczynków...
— Być może — przerwała panna Ofelja — że dla tych, którzy nie czynią dobrze, niepodobieństwem jest nie robić źle.

— A cóż powiesz o człowieku — rzekł Saint-Clare z głębokiem wzruszeniem — którego serce wykształcone i potrzeby społeczności napróżno wołały, ukazując szlachetne cele, a który zamiast przyłożenia ręki do dzieła, pozostał wahającym się, obojętnym widzem walki, cierpień i niedoli swych braci?

  1. Pomnij, Zbawicielu błogi, Żem przyczyną Twojej drogi; Nie gubże mnie w on dzień trwogi, Tyś mnie szukał w krwawym pocie, Zbawił krzyżem na Golgocie, Nie daj przepaść Twej robocie.