Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/271

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Mami, która w rozłączeniu ze wszystkimi swymi krewnymi znajdowała prawdziwa pociechę jedynie w tem prześlicznem, miłem dziecięciu, boleśnie czuła jej stratę. Płacząc w dzień i w noc, znękana swem nieszczęściem, nie mogła usługiwać swej pani tak zręcznie jak pierwej, za co właśnie na jej bezbronną głowę padał grad najwymyślniejszych obelg.
Panna Ofelja również odczuwała stratę Ewuni. Lecz poczciwa, dzielna jej dusza umiała wyciągnąć z tej straty naukę dla życia przyszłego. Stała się czulszą, lepszą; wypełniała swe powinności z tąż samą gorliwością, lecz spokojniej, więcej z pobudek sercowych; znać było, że nie na próżno zgłębiała swe serce. Uczyła Topsy z daleko większą cierpliwością; nie unikała już więcej dotknięcia się jej i niepotrzebowała ukrywać odrazy, bo już jej nie doznawała. Topsy nie stała się odrazu dobrą; ale że się nią stała, był to wpływ jedynie Ewuni.
Pewnego razu, gdy panna Ofelja posłała Różę po Topsy, taż chowała coś lękliwie na piersiach.
— Ty mała, złośliwa czarownico, co tam chowasz? jestem pewną, że coś skradłaś? — zawołała Róża, chwytając ją za rękę.
— Daj mi spokój! — zawołała Topsy, wyrywając się jej. — Co tobie do tego.
— Co za grubjaństwo! — zawołała Róża. — Czyż nie widziałam, że coś chowałaś?... Znam ja twoje wybiegi!
I chwyciła ją jedną ręką, a druga usiłowała wsunąć za odzienie; lecz Topsy z największą energją broniła się przeciw temu.
Na krzyk Topsy zjawili się panna Ofelja i Saint-Clare.
— Ona coś ukradła! — rzekła Róża.
— Nieprawda, ja nic nie ukradłam! — wołała Topsy, zanosząc się od płaczu.
— Oddaj mi, co tam masz! — odezwała się, rozkazująco panna Ofelja.
Topsy się zawahała, lecz za powtórnym rozkazem, wyjęła z pod odzienia mały węzełek, zawinięty w koniec starej pończochy.
Panna Ofelja wywróciła pończochę na drugą stronę i znalazła w niej malutką książeczkę do nabożeństwa, a w papierku starannie zawinięty kędzior włosów, który Ewa dała jej przy pożegnaniu.
Wzruszyło to do głębi pana Saint-Clare. Książeczka była zawinięta w długi pas krepy, oderwanej od pogrzebowych draperji.
— Dlaczegoś ty książeczkę w to zawinęła? — spytał pan Saint-Clare, trzymając w ręku czarną krepę.
— Dlatego... dlatego... że to pozostało po pannie Ewuni... Na miłość Boską! nie odbierajcie mi tego! — prosiła błagającym głosem, a rzucając się na podłogę, zakrywszy twarz fartuszkiem, zaczęła głośno płakać!
Mały kawałek starej pończochy, czarna krepa, książeczka do nabożeństwa, prześliczny kędzior blond włosów i rozpaczająca Topsy — było to coś czułego a zarazem śmiesznego.
Saint-Clare śmiejąc się, lecz z oczami pełnemi łez, rzekł:
— Nie płacz, weź to sobie napowrót, — zawinąwszy wszystko razem rzucił jej na kolana i wyszedł z panną Ofelją do salonu.
— Zaczynam wierzyć, że rzeczywiście możesz zrobić coś z tej