Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ale, moja Klotyldo, musiałabyś zostawić swoje dzieci...
— Chłopcy już podrośli, a i nie głupi, sami potrafią pracować, a moja malutka zostanie pod opieką Salusi; ona taka miła, spokojna, nie będzie sprawiała wielkiego kłopotu.
— Luizwil, to bardzo daleko! — zauważyła pani Szelby.
— Ja się tego nie lękam, to gdzieś nad rzeką, może niedaleko mego Tomasza? — rzekła Klotylda głosem pytającym, uważnie patrząc w twarz swej pani.
— Nie, Klotyldo, to jeszcze kilka set mil dalej.
Twarz Klotyldy przedłużyła się od smutku.
— No, nie trać nadziei, Klotyldo, zawsze będziesz trochę bliżej twego męża, niż teraz; a wszystko, co zapracujesz, do ostatniego grosza, będę odkładała na wykupienie poczciwego Tomasza.
Jak jasny promień słoneczny rozświetla ciemny obłok, tak słowa te rozpromieniły nagle czarną twarz Klotyldy i zajaśniała blaskiem szlachetnego poświęcenia.
— Ach, jaka pani dobra! już od dawna nad tem rozmyślałam. Mnie nie potrzeba ani sukni, ani trzewików, niczego! ach! niczego nie potrzebuję, będę oszczędzała każdy szeląg! Ile tygodni mamy w roku?
— Pięćdziesiąt dwa — odpowiedziała pani Szelby.
— Cztery dolary na tydzień, to będzie na rok?...
— Będziesz miała, moja Klotyldo, dwieście ośm dolarów.
— Ach, mój Boże — zawołała Klotylda uszczęśliwiona, — ileż lat trzeba pracować, aby zebrać całą sumę?
— Cztery do pięciu lat; lecz nie będziesz potrzebowała tak długo czekać, ja dołożę, ile będę mogła, — odrzekła pani Szelby.
— O nie mogłabym przenieść po sobie, aby pani dawała lekcje, albo coś podobnego! Pan ma słuszność, że nie zgadza się na to! To tak nie może być! Nikt z waszej rodziny nie będzie potrzebował zniżyć się do tego stopnia, póki biedna Klotylda ma zdrowe ręce.
— Bądź spokojna, Klotyldo, ja będę czuwała nad honorem rodziny — odpowiedziała pani Szelby z uśmiechem. — Lecz kiedyżbyś chciała puścić się w drogę?
— Nie wiem! Sam jedzie do rzeki ze źrebiętami i mówił, że może mnie zawieźć; przyznam się, że już spakowałam rzeczy swoje w węzełek. Jeżeli pani pozwoli, to pojadę jutro z rana z Sanem; pani da mi paszport i może jaki list polecający.
— Dobrze, zajmę się tem, skoro tylko pan na to się zgodzi. Jeszcze z nim dziś o tem pomówię. — Pani Szelby poszła na górę.
Nieposiadająca się z radości Klotylda, zajęła się przygotowaniem do drogi.
— Aha! panicz nie wiedział, że ja jutro pojadę do Luizwilu, — zawołała Klotylda do Jerzego, który wchodząc do chaty, spostrzegł, jak przebierała rzeczy dziecinne.
— Chcę przejrzeć odzienie moich dzieci, i zanim wyjadę, trochę naprawić. Jutro jadę, paniczu, jadę i będę brała po cztery dolary na tydzień, a pani będzie je odkładała, aby wykupić mego Tomasza.