Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czać twym religijnym zasadom, tylko z nich, jak mi się zdaje, niewolnicy nie wielką odnoszą korzyść.
— Poniekąd masz słuszność; właśnie dlatego z całego serca nienawidzę niewoli i wszystkich jej skutków. Powtarzam ci, że nie mogę siebie uwolnić od przyrzeczenia, które im daliśmy. Jeżeli nie będę mogła inną drogą dostać przyrzeczonych pieniędzy, zacznę dawać lekcje muzyki i jestem pewną, iż będę miała tyle uczniów, że wkrótce zbiorę potrzebną sumę.
— Nigdy nie pozwolę, abyś do takiego stopnia miała się poniżyć.
— Co to za poniżenie! Czyż nie więcejbym się poniżyła, gdybym nie dotrzymała słowa?
— O, na honor! zawsze jesteś heroiczną, pływasz po obłokach, — odpowiedział pan Szelby; — lecz radzę ci wprzód się dobrze namyślić.
W tej chwili zjawiła się na balkonie ciotka Klotylda.
— Prosiłabym panią na chwilkę tylko! — zawołała Klotylda.
— Co chcesz Klotyldo? — spytała pani Szelby, powstawszy z miejsca i podchodząc ku niej.
— Przyniosłam zwierzynę, może pani zobaczy.
Pani Szelby uśmiechnęła się na widok Klotyldy, stojącej z powagą nad stosem leżących na ziemi kur i kaczek.
— Możeby pani pasztet z kurcząt?
— Mnie wszystko jedno, ciotko Klotyldo; rozrządź jak się tobie podoba.
Klotylda przebierała ptastwo z roztargnieniem, widocznie czem innem umysł jej był zajęty. Nakoniec urywanym, krótkim śmiechem, który to zwyczajnie u ludzi jej plemienia poprzedza draźliwą prośbę, rzekła:
— O mój Boże! poco państwo suszą sobie głowy, jak powiększyć dochody, kiedy mogą użyć z tego, co mają pod ręką, — i zakończyła zwykłym śmiechem.
— Nie rozumiem cię, Klotyldo! — rzekła pani Szelby, domyśliwszy się, że podsłyszała jej rozmowę z mężem.
— O mój Boże! inni państwo wynajmują swych negrów i biorą ogromne pieniądze; a tu taki tłum ludu je za darmo.
— Dobrze, Klotyldo, kogoż, jak ci się zdaje, moglibyśmy wynająć? — spytała pani Szelby.
— Sam opowiadał, że w Luizwilu jest cukrownik, czy jak ich tam nazywają, któryby chciał mieć kobietę, umiejącą piec dobrze ciastka i pierożki i dałby jej cztery dolary na tydzień, tak mówił...
— Dobrze, więc cóż?
— Mnie się zdaje, że Sally mogłaby miejsce przyjąć; uczyłam ją piec i piecze nie źle; żeby się jeszcze trochę poduczyła i gdyby pani pozwoliła, to jabym sama poszła na zarobek. Ja się nie powstydzę położyć moich ciastek i pierożków obok ciast najlepszego cukrownika.
— Cukiernika, moja Klotyldo, nie cukrownika! — zawołała pani Szelby.
— O mój dobry Boże, czy to nie wszystko jedno? Te wyrazy są tak sobie podobne, że my biedni nie możemy ich rozróżnić.