Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i szczęśliwi i Chrystus zapanuje nad nimi. Gdym był dzieckiem, uczyła mię modlić się: „przyjdź królestwo Twoje“. Czasem przychodzi mi myśl, że wszystkie westchnienia, wszystkie jęki, ten groźnie poczynający się trzask kości zastarzałego szkieletu, są przepowiednią spełnienia się tego, czego mnie matka uczyła. Nikt nie zdoła się oprzeć jego przyjściu.
— Słuchając ciebie, myśleć bym mogła, że chwila ta blisko jest, że królestwo Boże zapanuje na całym świecie i żeś ty blisko niego.
— Dziękuję za tak pochlebne zdanie! Lecz wpadam zwykle z jednej ostateczności w drugą, w teorji sięgam wyżyn nieba, w praktyce tarzam się w prochu i pyle. Lecz dość na dzisiaj, dzwonią na śniadanie. Pójdźmy! Nie powiesz teraz, kuzynko, żem nie prowadził w całem mem życiu rozmowy poważnej.
Przy herbacie Marja przemówiła o wydarzeniu z nieszczęśliwą Pru, a zwracając się do panny Ofelji, spytała:
— Sadzę, kuzynko, że musisz nas wszystkich uważać za barbarzyńców.
— Czyn jest oburzający, barbarzyński — odpowiedziała panna Ofelja — lecz nie mam prawa was wszystkich za barbarzyńców uważać.
— Co do mnie, — odpowiedziała Marja, — wiem z doświadczenia, że z niektóremi z tych istot niepodobno dać sobie rady; są bowiem tak źli, że w istocie nie warci, że żyją. W podobnych wypadkach nie mogę się zdobyć na najmniejsze nawet współczucie. Gdyby byli dobrzy, nie spotykałaby ich kara.
— Ale mamo, — rzekła Ewunia, — ta biedna kobieta była bardzo nieszczęśliwą i to było przyczyną, że piła.
— Dziecko jesteś i nie rozumiesz tego. Ja sama, ileż razy jestem nieszczęśliwą... a pewną jestem, — dodała, pogrążając się w zamyślenie, — żem więcej wycierpiała, niż ona i to z przyczyny ich złości. Niektórych żadną srogością poprawić nie podobna. Pamiętam, był u mego ojca murzyn tak leniwy, że uciekał jedynie, aby nie pracować; ukrywał się w bagnach, kradł i dopuszczał się wiele karygodnych postępków. Łowili go i siekli, prawdziwie niewiem ile razy! a jednak wcale się nie poprawił. Po ostatniej karze, chociaż ledwo mógł stąpać, zawlókł się do bagna i tam umarł. A nie było najmniejszej przyczyny do tego, bo u mego ojca niewolnicy mieli się bardzo dobrze.
— Mnie jednak się udało, — rzekł Saint-Clare, — poprawić pewnego negra, nad którym napróżno pracowali wszyscy dozorcy i właściciele.
— Tobie! — zawołał Marja. — O, chciałabym wiedzieć, kiedy ci się coś podobnego udać mogło.
— Zaraz opowiem. Był to olbrzym zadziwiającej siły. Afrykanin z niezłomnym, instynktownym, dzikim pociągiem do wolności. Prawdziwy lew afrykański; nazywano go Scypionem. Nikt nie mógł dać sobie z nim rady, przedawali więc go i odprzedawali dalej, zmieniał ciągle właścicieli, nakoniec kupił go Alfred w nadziei, że go zdoła ułagodzić. Pewnego pięknego dnia Scypion zbił dozorcę i uciekł w błota. Właśnie przyjechałem wówczas odwiedzić brata mego, bośmy nie byli już w spółce. Alfred był oburzony do najwyższego stopnia; jam mu wręcz powie-