Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mam oczy błękitne, włosy blond, rysy greckie, jestem biały i delikatnej budowy. On był czynny i obserwujący, ja marzący i niedbały. Był wspaniałomyślny dla przyjaciół i sobie równych, lecz dumny, rozkazujący, srogi dla niższych i nielitościwy dla tych wszystkich, którzyby się ośmielili mu się sprzeciwić. Obaj miłujemy prawdę, on przez wyniosłość i odwagę, ja przez miłość ideału. Kochaliśmy się, jak zwyczajnie bracia się kochają. On był ulubieńcem mego ojca, ja — matki.
Jam był chorobliwie draźliwy, lada co rozdraźniało mnie, czego ojciec i brat nie mogli zgoła pojąć: gdy tymczasem matka rozumiała mnie zupełnie. Kiedym się pokłócił z Alfredem i ojciec spojrzał na mnie ostro, biegłem zwykle do pokoju matki i siadałem u jej nóg. Pamiętam ją dobrze, blade jej lica, wzrok łagodny, poważny, — ubrana była biało, zawsze w bieli chodziła; ile razy czytałem opis Świętych Pańskich, w sukniach lśniącej białości, myślałem zawsze o niej. Natura ją obdarzyła geniuszem pod wielu względami, a szczególniej w muzyce. Bardzo często siadała do fortepjanu i śpiewała prześlicznie; ja, z głową opartą na jej kolanach, płakałem, puszczając wodze mym uczuciom; błądziłem w marzeniach bez granic, dla których nie miałem wyrazu.
W one dni jeszcze nie rozmyślano, nie sprzeczano się tak jak dzisiaj, o kwestji niewoli, nikt w tem złego nie widział.
Mój ojciec był arystokratą, chociaż nie pochodził z arystokratycznej rodziny; a brat mój wydał się najzupełniej w niego. Jak wiesz, pociąga arystokracja pewne w społeczeństwie linje, przy których zanikają u nich uczucia ludzkie. To, co u siebie nazywaliby srogością, surowością, nieszczęściem, niesprawiedliwością, to u stanów niższych uważają za rzecz właściwą, samo się przez się rozumiejącą. W Anglji sięga ta granica pewnej wysokości, w państwie Birmańskiem innej, w Ameryce jeszcze innej; ale arystokrata tych różnych krajów nie przekroczy jej nigdy. Ojciec uważał kolor skóry za ową linję graniczną. Nie było człowieka sprawiedliwszego, wspaniałomyślniejszego nad niego wobec sobie równych; ale murzyna wszystkich możebnych odcieni uważał tylko za coś pośredniego między człowiekiem a zwierzęciem, i na tem pojęciu osnował wszystkie swoje idee o sprawiedliwości i wspaniałomyślności. Gdyby go spytano, bez obwijania w bawełnę: „czy sądzisz, że murzyni mają duszę nieśmiertelną?“ jestem pewny, że po długim zaledwo „hm, hm!“ odwarzyłby się odpowiedzieć: „tak“. Ale mój ojciec niezbyt się troszczył o duchowe potrzeby człowieka; religijnym był o tyle, o ile było w wyższych sferach zwyczajem.
Ojciec mój miał około pięciuset niewolników. Nieugięty, wymagający, akuratny, wszystko u niego powinno było postępować systematycznie i z ścisłą dokładnością. Jeżeli weźmiemy teraz na uwagę, że tej matematycznej dokładności wymagano od tłumu niewolników nieprzyzwyczajonych do porządku leniwych, niechętnych, niepojmujących, co to jest obowiązek, zrozumiesz łatwo, że na jego plantacjach zachodziły wypadki, na które ja, jako chłopczyk z niezwykle czułem usposobieniem, patrzałem ze smutkiem.
Prócz tego był u nas rządzcą chłop wysoki, olbrzymi, obdarzony silnemi pięściami, odznaczający się srogością i brutalnością. Matka moja