Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kiego, że przepędza wieczory w święta w operze lub w teatrze, że uczęszcza do klubu, miejsc publicznych i często wieczerza nie w domu, co było w jego przekonaniu niesłusznem. Wywiódł więc z tego wniosek, że „pan nie jest chrześcijaninem“; lecz nie zwierzając się przed nikim ze swą obawą, bardzo często w samotnej swej stancyjce zanosił modły do Najwyższego za swojego pana. Czasami, gdy się nadarzyła po temu odpowiednia okoliczność, odważył się mu wypowiedzieć swoje zdanie, ale czynił to z wielkiem uszanowaniem i bardzo ostrożnie. Pewnego razu przywieziono pana jego po nocnej pohulance prawie bezwładnego do domu. Tomasz i Adolf wynieśli go z powozu i położyli w łóżko. Adolf bawił się widokiem swego upitego pana i naigrawał się z Tomasza, że tenże go żałował i całą noc przepędził przy nim na modlitwie.
— I czego czekasz? — spytał Saint-Clare, siedząc nazajutrz w bibljotece w szlafroku i pantoflach, Tomasza, który to chociaż otrzymał już pieniądze i rozkaz zrobienia niektórych zakupów, nie myślał wychodzić. — Czy się co zdarzyło? — dodał, widząc, iż stoi jeszcze.
— Tak, panie! — odrzekł Tomasz poważnie.
Saint-Slare położył dziennik, postawił filiżankę z kawą na stole, a pilnie spojrzawszy na Tomasza, powtórnie spytał:
— A więc cóż się stało? Wyglądasz bardzo smutnie...
— Źle się dzieje, panie. Sądziłem, że jesteś pan dobrym dla wszystkich.
— Czyż nim nie jestem? Zapewne masz jaką prośbę...
— O! pan był zawsze dobrym dla mnie, nie mogę się skarżyć; ale jest ktoś, dla kogo pan nie jest dobry...
— Cóż znowu?... gadaj, czego chcesz!...
— Przeszłej nocy, między pierwszą a drugą godziną, myślałem i długo rozważałem; pan nie jest dobrym dla siebie! — rzekł Tomasz zwrócony tyłem do pana i trzymając za klamkę drzwi. Twarz Saint-Clara oblała się rumieńcem, jednak przymusił się do uśmiechu.
— Czy to wszystko? — spytał żartobliwie.
— Wszystko! — zawołał Tomasz, lecz nagle się odwrócił i padł na kolana. — O mój drogi, młody panie! lękam się o ciebie.
Głos Tomasza drżał i łzy spływały obficie po jego licach.
— Biedny prostaczku — zawołał Saint-Clare, mając także oczy pełne łez. — Wstań, nie chcę, aby nade mną płakano.
— Tomasz klęcząc, patrzał na swego pana okiem dziwnie błagalnem.
— No, dobrze, dobrze, nie pójdę więcej na ich rozpustne biesiady — rzekł Saint-Clare. — Na mój honor, Tomaszu, nie pójdę więcej. Nie rozumiem, dlaczego od dawna nie zaprzestałem tam uczęszczać; zawszem się brzydził podobnym rodzajem życia i za każdym razem wyrzucałem sobie moją słabość. Otrzyj więc łzy i idź wypełnić, com ci polecił. Nie dziękuj! — dodał — nie jestem wcale przykładnym pokutnikiem, — i z lekka posunął Tomasza naprzód ku drzwiom. — Na słowo, Tomaszu, już nie ujrzysz mię więcej w takim stanie, w jakim widziałeś.
Tomasz wyszedł, ocierając łzy, które się zamieniły w łzy radości.
— Dotrzymam mu słowa, — rzekł Saint-Clare sam do siebie, kie-