Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pana Szelby po ramieniu, — daj mi tego malca w dodatku, a będzie kwita. Widzisz pan, że ze mną łatwo interesy się załatwia.
Właśnie w tej chwili uchyliły się ostrożnie drzwi i do pokoju weszła mulatka, wyglądająca na lat dwadzieścia pięć. Dość było na nią spojrzeć, by się przekonać, że to matka tego dzieciaka. Te same błyszczące, czarne oczy, ocienione długiemi rzęsami, ten sam kruczy włos, lśniący, spadający w splotkach na ramiona. Śniada jej twarz, jakby ozłocona w promieniach słońca, oblała się, gdy spostrzegła zwrócony na siebie ciekawy i pełen podziwu wzrok nieznajomego, żywym rumieńcem. Suknia leżała na niej jakby ulana i tem więcej uwydatniała jej wdzięki. Drobna nóżka i delikatna, pulchna rączka zapewne nie uszły także badawczemu oku handlarza, który się przyzwyczaił jednem spojrzeniem odkrywać i oceniać wszystkie zalety „towaru“.
— Co powiesz, Elżbieto? — zapytał pan, spostrzegłszy, iż zatrzymała się na środku pokoju i wpatrywała się w niego z pewną trwogą.
— Przepraszam pana, przyszłam po Henrysia...
Dzieciak pobiegł ku matce, pokazując jej zawinięte w sukience winogrono.
— Możesz go zabrać! — odrzekł pan Szelby.
Elżbieta wzięła dziecko na ręce i wyszła spiesznie z pokoju.
— Na Jowisza! — zawołał handlarz z zapałem, zwracając się do pana Szelby, — to mi towar! Mógłbyś pan zrobić dobry interes, jeślibyś się zgodził sprzedać tę kobietę w Nowym Orleanie. Mój Boże, ileż to razy widziałem, jak płacili tysiąc talarów i więcej za kobiety, które się do niej ani umywały.
— Nie chcę się w taki sposób wzbogacać — odpowiedział ozięble pan Szelby i chcąc na inny przedmiot zwrócić rozmowę, odkorkował drugą butelkę wina i zapytał gościa, jak mu smakuje.
— Doskonałe wino, przedni gatunek! — zawołał handlarz, a zwróciwszy się do pana Szelby i uderzając go znowu poufale po ramieniu, dodał: Za wiele oddałbyś tę kobietę? Cobyś pan chciał za nią? — Ile mam zapłacić?
— Panie Haley, ja jej nie sprzedam; żona moja za nic w świecie z nią się nie rozstanie.
— Kobiety zwykle tak mówią, bo nie pojmują handlowych interesów. Ale wytłómacz im pan, ile to brylantów, materyj, zegarków można kupić za cenę jednego murzyna, to zmienią swoje przekonanie, — zaręczam panu.
— Przestańmy o tem mówić, Haley! Nie sprzedam tej kobiety pod żadnym warunkiem! — wyrzekł Szelby stanowczo.
— To daj mi pan przynajmniej chłopca! — przerwał handlarz. — Osądź pan sam, że nie wiele żądam.
— Powiedz mi pan, na Boga, na co ci ten chłopiec?
— Widzisz pan, mam przyjaciela, który kupuje ładnych chłopców, hoduje ich, a później sprzedaje. Jest to przedmiot zbytkowy, kupują go bogacze i płacą dobrze. Ładny chłopiec, stojący u drzwi, stanowi ozdo-