Strona:Biblioteczka Uniwersytetów Ludowych 25.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


winę, po którym, w danym razie, titulo[1] pokrewieństwa mógłby się nawet spodziewać przyjacielskiego legatu.
A to jest, prawdę powiedziawszy, z mojej strony szelmostwo i niegodziwość, wyrzucam to sobie. Nie będę go długo utrzymywał w tym błędzie, boby to było kłamstwo i podłość; honor nie pozwala. Bylebym się z nim wygadał o wszystkich, rozpytał, nacieszył, powiem mu prawdę całą. Jestem pewien, że gdy się dowie o niej, strach go ogarnie. Ludzie są słabi; na widok cudzego nieszczęścia, tak jak zaraźliwej choroby, czują niepokój i trwogę.
7 grudnia. Rożniak się rozochociwszy prosił mnie na obiad. Nie zrujnuje się na to, bo w Smoleńskim hotelu stół nie drogi, a butelka porteru krajowego także nie przejdzie dwu złotych. Mój Boże! mój Boże! Jakże mi się tu wydało wszystko smakowitem, przedziwnem! Tak dawno nie jadłem porządnego obiadu, a nawet i obiadu wogólności, ograniczając się chlebem, serdelkiem, albo nawet chlebem z jaką taką polewką. Co to za dobrodziejstwo ten głód, jak on wszystko potem czyni wyśmienitem!
Ale fraszka obiad! cośmy się nagadali, naprzypominali i naśmiali!

Najbardziej mnie to poruszyło, gdy Rożniak wspomniał boską ową Paulinkę, w którejem się ja na zabój kochał, którą jeszcze dziś pod siwym włosem ubóstwiam. Rodzice ją gwałtem za starego

  1. Tytułem, z powodu (tac.).