Strona:Biblioteczka Uniwersytetów Ludowych 20.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tomek tymczasem już naczelnika zastał na stacyi, zobaczył go spacerującego z dozorcą po olbrzymiej i wspaniale brudnej sali klasy III. Wyciągnął się zaraz przy drzwiach, niby struna, i czekał, bo dalej postąpić kroku nie śmiał.
A oni chodzili tam i z powrotem, tak zajęci rozmową, że nawet nie zauważyli jego wejścia. Ile razy przychodzili bliżej, tyle razy Tomek prostował się jeszcze sztywniej i otwierał już usta, ale jakoś prędko zawracali, że zawsze było za późno. Wreszcie, po długiej pauzie i czekaniu na sposobność, zebrał w sobie odwagę i powiedział stłumionym i drżącym głosem:
— Dopraszam się łaski wielmożnego naczelnika.
Nie usłyszał naczelnik, bo półgłosem mówił...
— Przedewszystkiem, skłaniam się ku paryzmowi, ku monarchii Paryża nad światem — i uśmiechał się słodko do wspomnień i skubał delikatnie szpakowatą, iście senatorską brodę.
— Dopraszam się łaski wielmożnego naczelnika — powiedział znowu Tomek, ale nieco głośniej, bo się niecierpliwił i niepokój o Jóźka przejmował go coraz większy.
— Pan naczelnik bawił długo w Paryżu?
— Piętnaście lat. Mgnienie, powiadam wam, rozkoszne mgnienie.
— Dopraszam się łaski wielmożnego naczelnika! — krzyknął prawie Tomek, bo myśl, że tam Józiek może kona, tak ostrym przejęła go strachem, że już nie wiedział, co robić.