Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie wiem. A zresztą co na tem zależy? Piękna była.
Tak zawsze spragniony i taki niesyty jestem jej widoku, że zapragnąłem chociaż podobiznę jej mieć w domu, aby wciąż móc na nią patrzeć — i chodziłem po rzymskich sklepach rzeźbiarskich, szukając dobrej kopji marmurowej... Ale kopje wszystkie są do niej tylko podobne, i znienawidzieć je można za to właśnie, że są do niej podobne, a nie są nią samą. Chodzę więc po staremu na Kapitol oglądać ją — niemal codziennie — i chłonę ją oczyma i nigdy jej nie mam dość, choć znam ją tak dobrze, że nawet, gdy przymknę powieki, widzę każdy jej kształt, każdą linję jej ciała. I gdy wychodzę z muzeum, mam jeszcze źrenice tak pełne jej cudu, że długo stać muszę na progu, nim się przyzwyczaję na nowo do widoku słońca i ludzi.
A zieleń palm jest przede mną — i trzy michelangelowe trzech pałaców fasady i starożytny posąg Marka Aureljusza, co stoi tutaj na Kapitolu, jak słup graniczny na dwóch światów rozdrożu. Tam, za nim, za pałacem Senatorów, co strojny od przodu renesansową fasadą, czerni się z tamtej strony odwiecznymi murami Tabularjum — leży stary Rzym, ruiny, łuki tryumfato-