Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Brzóz tylko kilka, które niewiadomo po co tu zasadzono, drży na wietrze nagiemi, bezlistnemi prętkami: nie wystarczyło im żarkie słońce Italji, przeczuły, że tam — w ojczyźnie ich — na północy, zima już jest i śnieżne zamieci po szerokich łanach hulają. Głupie brzozy! jakże żałuję, że nie przyniosłem wam mojego glinianego grajka w kieszeni! Tożby się śmiał! tożby się śmiał...
Siadam na ulubionem miejscu, na ruinach domu, gdzie niegdyś westalki mieszkały... Dookoła obszernego atrjum z trzema czworokątnemi, dziś jeszcze źródlanej wody pełnemi sadzawkami, stoją resztki ścian, krzewami i bluszczem obrosłe, — na marmurowych cokółach poustawiano napowrót posągi przełożonych tego świętego zakonu strażniczek ognia wiecznego. Przy odgrzebywaniu tych miejsc znaleziono je wszystkie zwalone na jeden stos, z poobijanemi rękoma: przeznaczone już snadź były do pieca, w którym ze starożytnych marmurów w średnich wiekach wapno wypalano!
Przypedek jakiś czy zapomnienie uratowało je od zagłady — i stoją znów na dawnem miejscu, jeno że pomieszano im postumenty i niewiadomo teraz, do której z tych poważnych