Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tam — nad Wisłą, w tem najpiękniejszem i ukochanem mieście mojem u stóp Wawelu, kędy teraz zimny śnieg pewno prószy... Dziwna! kocham tylko te dwa miasta, z których w jednem — cudzoziemiec, obcy jestem i samotny, a w drugiem...
Eh, co tam! Na bezrok, jeśli dożyję, na złość wrogom moim w Krakowie osiądę, a tymczasem — dobrze mi tutaj!
Nieprawdaż, mój grajku, że mi tu dobrze? Nie pragnę niczego, za niczem nie tęsknię... i nic mi nie żal...
— Czemuż się śmiejesz, gliniana potworo! Trudno już z tobą wytrzymać. Rozbiję cię pono, albo sam z domu ucieknę przed tobą...
I tak będzie najlepiej. Dzień jest cudowny, a w pokoju, mimo jesień i ranną porę — słońce już zbyt dogrzewać poczyna.
Pójdę na Forum. Mam z Ministerstwa oświaty „permesso di entrata gratuita“, — rozumiesz, ty grajku gliniany, — i jako osoba uczona i uprzywilejowana nie potrzebuję nawet płacić zwykłego za wstęp obola. A pora jest wczesna i będzie jeszcze pod każdą kolumną stało dla dekoracji trzech niemców i dwóch anglików z baedekerami pod pachą.
— Czemu się śmiejesz, drabie jeden, że