Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chowam czerwono oprawny tom do kieszeni? — To nie Baedeker, to Huelsen, archeolog poważny... Mówisz, że wszystko jedno? — Nie rozumiesz się na tem, mój drogi, ale jeśli o to idzie, niech będzie — mogę pozostawić książkę w domu. Te ruiny bez tego znam na pamięć.
Forum jest jeszcze puste naprawdę. Dozorcy tylko, z powodu rannego chłodu w płaszcze owinięci szczelnie, błądzą wśród ruin, oczekując przybyszów. Słońce przedziera się dopiero przez zieleń drzew na Palatynie i rozprasza resztki porannej mgły, w której jeszcze wyższemi wydają się kolumny osamotniałe, jeszcze więcej olbrzymimi sklepienia bazyliki Maksencjusza, później imieniem uzurpatora Konstantyna przezwanej. Oparłem się o kamienny cokół, dźwigający trzy ostatnie filary świątyni Kastorów, i patrzę na te łuki ogromne, pod którymi kilka kościołów mogłoby znaleść miejsce. Jakby wyglądał Rzym dzisiaj, gdyby inaczej wypadła była owa bitwa pamiętna, tam — przy Ponte Milvio, gdzie chytry bizantyńczyk Konstantyn, zatknąwszy krzyż na sztandarach, zwycięzył bohaterskiego cezara Maksencjusza i wielkość jego złupił? Może Rzym byłby i nadal pozostał wówczas stolicą? Nie byłoby mo-