Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


(Korecki wstaje, wyprostowuje się, o tyle jednak, by nie uderzyć głową o sufit, to jest wyciąga się przed siebie połową ciała, schylony postępuje krok naprzód i siada na rogu tapczana, nawprost lampki, która dokładnie oświetla jego kształty, twarz piękną i bystre, dobre oczy).
(Porucznik Zawisza siada na drugim końcu tapczana, podchorąży Brzeg na jakiejś paczce. Palą papierosy).

KORECKI (zaciąga się smakowicie, odgarnia czuprynę): Gdy mi się udało wywinąć ze szpitala — swoją drogą niepotrzebnie mnie tam dwa tygodnie trzymali, bo rana była głupia — skoczyłem na jeden dzień zobaczyć co z żoną i synem. Moskali już stamtąd przepędzili, na szczęście szkód nie było, nic nikomu się nie stało. Już zaraz po przyjeździe zauważyłem, że mój Jurek niby jest zadowolony z mego powrotu a przecież jest jakiś cichszy, spogląda na mnie chyłkiem, jakby mnie badał. Myślałem początkowo, że się boi o to moje draśnięcie...
BRZEG: Ładne draśnięcie, psia ci babka, kawałek ciała wyrwał szrapnel!
KORECKI: Nie naruszył jednak kości.
ZAWISZA (do Brzega): Nie przeszkadzaj!
KORECKI: Myślałem więc, że dlatego jest taki jakiś. Popołudniu, gdyśmy chwilę zostali we dwójkę, przystąpił do mnie i patrząc mi w oczy, zaczął recytować: „Proszę ojca, mam wielką prośbę“. No to mów. A on dalej jednym tchem: „Proszę mi pozwolić wstąpić do Legjonów“. Co takiego? „Muszę, proszę, chcę“. Jakoś samo wypełzło mi na usta ostrzejszym głosem, bo mnie coś zarwało w nodze: Dzieciuchów tam nie trzeba! Z matką kto zostanie? „Mam skoń-