Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


je): Melduję, że żarcie było małe ale dobre, tytoń najtylniejszy koński, ale smaczny.
JÓZEK: Czekaj, dam ci kiedy!
STASZEK: E, dasz jeszcze Józieczku, boś chłop dobry jak pierogi. (wzdycha) Kiedy my znowu pierogi...
JÓZEK (śmieje się): Zachciało się starej babce?
STASZEK: A zachciało się okrutnie i nikt jej zaspokoić nie chce. No, serwus. Przyniosę ci jutro coś fajnego, zobaczysz. (Odchodzi, grając cicho na harmonijce. Głos tej harmonijki słychać jeszcze chwilę).
JÓZEK (słucha chwilę, nieruchomieje, potem spluwa i mówi): Chandra, psia krew, czy co. To dlatego że człowiek siedzi i nic nie robi.

(Powoli zabiera się do świecenia lampki, potem ją ostrożnie wiesza. Na dworze silniejsze wycie wichru i bardzo dalekie odgłosy walki. Ktoś w sąsiednim rowie śpiewa przejmującą piosenkę):

„A gdyś już bracie w boju legł,
do kraju duch doleci,
choć ciało cudza ziemia żre,
obce mu słonko świeci“.

JÓZEK (słucah chwilę, potem otrząsa się, poprawia ostrożnie lamkę i mówi): Jak elekstryka we Lwowie. Żeby mnie tak car gdzieś ugryzł.

(Nie widzi, że wchodzi kapitan).

KORECKI (lat 40, średniego wzrostu, zgrabny, ruchy energiczne, oczy bystre, włosy krótko strzyżone, mała bródka): A ty co?
JÓZEK (podrywa się): Elekstryka, panie kapitanie melduję posłusznie.
KORECKI: Jeszcze się ten grat trzyma?