Przejdź do zawartości

Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

czące ze wściekłością działa, przejmujące, urywane krzyki konających i suche rozkazy dowódców.
Minęło znowu kilkanaście minut.
Nagle Francuzi jęli cofać się, — niechętnie, opieszale, zwolna, — aleć ustępowali z pewnością!
Wszystkie cierpienia, całą mękę jaką przeżyliśmy od rana — wynagradzał teraz rozkoszny dreszcz, przebiegający ciało na samą myśl, że te niezwyciężone wojska mogą za chwilę się ugiąć!
Przede mną majaczyła ogromna sylwetka gwardzisty o surowych, ostrych rysach i czarnych, dzikich oczach, który nabijał, strzelał i znowu zakładał ładunki, z takim spokojem, jakby nie znajdował się w bitwie, a w pośród najniewinniejszych manewrów.
Mierzył z uwagą, i rozglądał się po każdym strzale, wybierał samych starszych, oficerów...
Nie zapomnę, jak niespodzianie przyszło mi do głowy, że spełniłbym czyn poczciwy, gdybym zabił człowieka, który morduje innych bez zmrużenia oczu.
Jak wicher rzuciłem się na niego i ugodziłem bagnetem.
A tamten dźwignął się jeszcze z okropnym uśmiechem i wypalił mi w twarz.
Na szczęście kula zraniła mi tylko policzek, ale ślad krwawy pozostał i nie ustąpi już do śmierci.
Gwardzista tymczasem zachwiał się i upadł, pociągając mię za sobą, a za mną zwaliło się jeszcze dwóch innych żołnierzy i myślałem, że tym razem nie wydobędę się z pod wału trupów.