Przejdź do zawartości

Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

wicher, zbliżał się z francuskiej strony, — koń gniady rwał, jakby miał skrzydła.
Vive le Roi! Vive le Roi! — zakrzyknął nagle grzmiącym głosem.
Ach, więc dezerter. Bo my to przecież byliśmy Królewscy, a tamci prowadzili wygnańca-cesarza.
The Guard come! The Guard come! — rozległo się znów po angielsku i pomknął dalej, niby strzała.
W parę sekund znikł wśród wzgórzy, — jak liść uniesiony huraagnem.
A prawie w tej samej chwili przypalił do nas książęcy adyutant, zdyszany i z twarzą tak czerwoną, jakby szlag właśnie go trafił.
— Poruczono wam zatrzymać ich, albo zginiemy! — rzucił generałowi takim grzmiącym głosem, że echo zadźwięczało po szeregach.
— Czy zaszło co nowego? — pytał Adams ciszej.
— Z sześciu pułków ciężkiej jazdy zostały tylko dwa szwadrony — odparł oficer krótko.
I zaśmiał się nagle ostrym, urywanym śmiechem, jak człowiek, którego nerwy zbyt długo były w naprężeniu.
— Może pan masz chęć wziąć udział w ataku? Proszę, racz uważać się za kogoś z naszych — rzekł niespodzianie generał, z takim spokojem, jakby ofiarowywał mu szklankę herbaty.
— Z największą radością — oświadczył przybyły, zdejmując na znak podziękowania kapelusz.
W chwilę później trzem naszym pułkom roz-