Przejdź do zawartości

Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

uszy i całą świadomość owładnął niemilknącym zgiełkiem, wszyscy, — jak jeden mąż, aż do najmłodszego dobosza, — pojęli jego znaczenie i doniosłość chwili.
Napoleon czynił oto ostatni, straszliwy wysiłek, ażeby nas zmiażdżyć.
Ale dnia zostawało nie więcej już, niż dwie godziny, — jeśli więc potrafilibyśmy opierać się do zmroku, — jutro bitwa przybrać może pomyślniejszy dla nas obrót.
A wyczerpani przez głód, deszcz ciągły i straszne zmęczenie, upadli, lub upadający na ciele i duchu, — modliliśmy się już tylko o siłę do nabijania broni, do strzelania, czy walki na broń białą, aż dotąd, dopóki choć jeden pozostanie żywy.
Kanonada armatnia nie czyniła nam jednak teraz wielkiej szkody, gdyż leżeliśmy w fosie pokotem, a gdyby kawaleryi francuskiej zachciało się pokusić znowu o nasze placówki, mogliśmy sformować się w pół mgnienia oka i zjeżyć niezdobyty las bagnetów.
Wtem z pośród grania armat, wzbił się odgłos czystszy, ostrzejszy i jędrny, miarowy, obezwładniający prawie swoim regularnym dźwiękiem...
Le pas de charge! — szepnął po francusku za nami oficer. — Och, tym razem będą kończyć! Niewątpliwy atak!
Mówił jeszcze, kiedy zaszło znów coś niezwykłego.
Jeździec w mundurze oficera huzarów, jak