Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/177

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    selli na pierwszą wieść niepokojącą, jak czujny brytan z legowiska, to stawało się wylączną zasługą genialnego rozumu Księcia, jednak i pomimo tego, trudno było spodziewać się, iż zdążymy jeszcze na odsiecz Prusakom.
    Ranek był upalny, jasny, brygada nasza, niby wąż barwny, posuwała się szerokim gościńcem belgijskim i co chwila ginęła w obłokach szarawego pyłu, który wbijał się w niebo i przeslaniał nam drogę, niby dymy nieprzyjacielskich bateryi.
    Upał stał się wkrótce straszny i nie potrzebuję tu chyba zapewniać, że błogosławiliśmy ręce, które wysadziły szosę gęstymi sznurami przepysznych topoli, — cień ich cenniejszym był dla nas, niż najsmakowitsze trunki.
    Po obu stronach gościńca zalegały starannie uprawione pola, tu i owdzie przecięte siną wstęgą drogi, jedna z nich biegła blizko i prawie równolegle z naszą, druga w bok trochę, mniej więcej w odległości dobrej mili angielskiej.
    Bliższą dążyła kolumna piechoty.
    Od czasu do czasu mierzyliśmy się rozjaśnionym wzrokiem i przyśpieszali kroku. Prędzej prędzej na wroga...
    Otaczał ich tak gęsty tuman żółtawego kurzu, że chwilami jedynie mogliśmy rozróżnić srebrzyste lufy karabinów, czapy z niedźwiedziej skóry, to znów dostrzegaliśmy ramiona i głowy jadących konno oficerów, sztandary wreszcie, wesoło igrające z wiatrem.
    Bez trudu poznaliśmy brygadę Gwardyi, je-