Strona:Antoni Ossendowski - Po szerokim świecie.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do codziennego użytku. Lecz poza tem od marszałka Lyautey, potężnego rezydenta Francji w Marokku, do ostatniego urzędnika — nikt nie wdziera się w wewnętrzne, tradycyjne życie Arabów. To też tuż pod murami Fezu spotykałem dawne, czarne od dymu ognisk namioty wełniane koczowników beduińskich i berberyjskich, widziałem ciągnące ulicami miasta orszaki ślubne, odprowadzające oblubieńca do domu jego żony, której odrzuci z twarzy zasłonę i ujrzy ją na radość lub zgryzotę po raz pierwszy w życiu; w dzielnicy Medina w wązkich uliczkach oglądałem domy, pamiętające z pewnością dzień, gdy z nich wychodzili wojownicy na podbój Hiszpanji, a gdzież teraz po dawnemu wre życie rodzin arabskich i gdzie z poza krat małych okienek wyglądają rozmarzone oczy i tatuowane twarze mieszkanek haremów i gdzie, jak przed wiekami, pracują w pocie czoła niewolnicy, których już jednak, podług prawa, przejętego od Francuzów, nie wolno pozbawiać życia, torturować i sprzedawać, jak bydło.
Prawo głosi: Niewolnik zbiera i chroni twoje skarby. Sprzedaj go dopiero wtedy, gdy ci grozi, że ciebie samego uczynią niewolnikiem.
Widziałem w Fezie meczet i medersa Bun Anania, gdzie „niewierny“ może oglądać i podziwiać tylko dziedziniec z fontanną dla rytualnych kąpieli i starożytną rzeźbę cyprysowych drzwi, framug i sufitów, przechowujących żywe barwy dawnych farb. Płyty z onyksu i marmuru, odpolerowane bosemi stopami wiernych, jak zwierciadło, a za drzwiami samego przybytku Proroka żaden europejczyk nigdy nie był.