Strona:Antoni Ossendowski - Po szerokim świecie.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ków i „szleu“ z wojowniczej Berberji, mówi o czemś jeszcze niezapomnianem zielonemi i niebieskiemi kaflami swoich meczetów i wierzchołkami topoli i palm daktylowych.
Tak samo ukryty za zmurszałemi od starości cyprysowemi podwojami meczetów, rozrzuconych po wszystkich dzielnicach miasta, zasłuchany w szeptach nabożnych swych wyznawców, skupił się w sobie Islam. Nic go nie obchodzi, że Arabowie w burnusach i turbanach jeżdżą francuskiemi pociągami i autobusami, że odwiedzają teatry, koncerty, kina i restauracje; nie odzywa się na odgłosy tysięcy robotników, budujących szosy, szpitale, osuszających bagna i przerzucających przez głębokie wąwozy Atlasu lekkie piękne mosty.
Tam za cyprysowemi drzwiami każdy mułła wie, że o wyznaczonej przez Koran godzinie wszystkie serca i umysły Arabów połączą się w ogólnym hymnie chwały Twórcy i Jego Proroka.
Dzięki uprzejmości rządu francuskiego i generała de Chambrun, mogę zwiedzić Marokko dokładnie i widzieć to, czego przeciętny turysta widzieć nie może.
Tu, w tym Fez-el-Bali rzuca się w oczy wielka umiejętność Francuzów zachowywania życia tubylczego w jego pierwotnej formie, ułatwiając i ulepszając najważniejsze jego zewnętrzne formy. A więc teraz już rzadko który Arab zwraca się o pomoc do arabskiego znachora, woli bowiem iść do francuskiego szpitala; zamiast długiej wędrówki osłem lub koniem, jedzie koleją lub autobusem; kupuje narzędzia rolnicze, maszynę do szycia i drobne przedmioty