Strona:Antoni Ossendowski - Po szerokim świecie.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cił jeszcze dwa konie i dopiero wtedy zatrzymał się na środku areny, ze wściekłością ryjąc piasek i głucho rycząc.
Trzy razy bez skutku, z wielkiem narażeniem życia najlepsi „banderilleros“ — Joze Manfredi, El Rubio i Vincento Prieto usiłowali wbić w potężny kark byka swoje strzały. Famoso jednym ruchem sprężystego ciała wybijał je z rąk napastników, a gdy El Rubio zatknął nareszcie dwie banderille, byk, nie zwracając żadnej uwagi na barwne płaszcze kapadorów, jednego po drugim zabił pozostałe trzy konie i rozproszył po arenie całą „esquadrillę“ jak stadko płochliwych wróbli.
Wtedy rozległy się dźwięki trąbki i na arenę powolnym krokiem wyszedł Manole. Zdjął kapelusz i rzucił go tłumowi. Stanął ze szpadą, ukrytą w purpurowym płaszczyku i, tupnąwszy nogą, krzyknął:
— Famoso, ole!
Zdziwiło go bardzo, iż na ten okrzyk, który jest przecież wołaniem śmierci, przeczuwanem przez każdego byka na arenie, Famoso, nie namyślając się ani na chwilę, pomknął ku niemu, wystawiwszy naprzód skrwawione rogi, podobne do ogromnych wideł. Manole nie miał nawet czasu do wykonania efektownego „el chico de dos poses“, przepuściwszy byka pod prawem ramieniem, nie ruszając się z miejsca. Coś olbrzymiego, jak toczący się złom skały, mignęło przed nim i — Manole, ten ubóstwiany espada, skoczył na bok, mijając się z piegiem ciałem byka.
— Famoso! Famoso! — wrzeszczał tłum dokoła byka.
Manole lewą ręką rozpiął koszulę na piersiach,